Rozdział 66: Koty i ich wspaniałe dziewięć żyć

Jeśli chcecie dowiedzieć się o mnie coś ciekawego, to zapraszam tutaj, raz na jakiś czas może się coś tam jeszcze pojawi xd

Sachi



Spacery z Naną w towarzystwie Chiyo, stały się już dla mnie właściwie normą.
I tak, dowiedziałem się ma na imię. To było nieco niezręczne pytanie, przynajmniej w moim odczuciu, ale jakoś przeżyłem. Nana przynajmniej przy niej zachowywała się... jakoś. Jak jestem z nią sam, mam większe problemy. W ogóle rośnie jak szalona, niedługo nie będę w stanie jej utrzymać. Może powinienem zaopatrzyć się w grubszą smycz...? Przydałaby się. Boję się, że obecna długo nie wytrzyma. Albo lepiej jakiś łańcuch... Nie, no dobra, bez przesady. Zostańmy przy grubszej smyczy.
Chociaż łańcuch wyglądałby tak ładnie. Sam wolę łańcuszek, od zwykłej parcianej...
Co? Mój mózg nie działa już jak powinien... Dlaczego ciągle myślę o takich rzeczach? Niepokoi mnie to...
Przyzwyczaiłem się do Kou, chyba nawet trochę przywiązałem. Dzięki niemu więcej się uczę. Całkiem szczerze, nigdy nie spędzałem tyle czasu na nauce co teraz. Gdy każe mi iść do książek, oczywiście nie jestem zbyt szczęśliwy, ale patrząc na to z perspektywy czasu, cieszę się, że w pewien sposób go interesuję. No i za dobre oceny dostaję nagrody. Kupuje mi coś dobrego, albo wychodzi na spacer ze mną i Naną. Zawsze coś.
Drażni mnie, że ostatnio częściej spotyka się ze swoją Ayami... Nie wiem już, czy oni są w końcu razem, czy nie. Najgorzej jest gdy przychodzi do nas, do domu. Nie chcąc zbytnio z nią rozmawiać, wychodzę z mieszkania pod pretekstem spaceru z psem. Tym samym nie narażam Kou na konieczność tłumaczenia się z niektórych moich odpowiedzi... A często zdarza powiedzieć mi się coś nie tak.
Ostatnio ostro narzekał na Aza, ale nie powiedział mi o co dokładnie poszło. Nawet dane mi było porozmawiać z samym Azem przez telefon, ale od niego też nie wyciągnąłem nic konkretnego. To dziwne, bo znając jego, powinien mi się pochwalić co któryś z nich odpierdolił. Za moją ciekawość obiecał, że weźmie mnie w najmniej oczekiwanym momencie. Nie wiem do końca czy miał już jakiś plan, jednak nie miałem co do tego obaw. Aza nigdy dość.

Z racji, że dziś sobota, mogłem swobodnie spać do południa. No, prawie swobodnie, jak Pana nie ma psem jednak musi się ktoś trochę zająć. Na szczęście ona czasami ma "dni śpiocha" i to był akurat ten. Spała razem ze mną pod kołdrą do w pół do dwunastej. Późnej wziąłem ją na pole, jak wróciłem, zjadłem śniadanie i znalazłem dla siebie zajęcie - czytanie nowiutkiej, kryminalnej książki, którą wczoraj przyniósł Pan. Była dość gruba, więc zajęła mnie na dłuższą chwilę.
Tak zeszło mi mniej więcej do trzeciej, w między czasie byłem kilka razy z Naną. Co naturalnie nie powstrzymało jej przez załatwianiem się w mieszkaniu... Czasami mam wrażenie, że robi to złośliwie.
Też często popełniam głupie błędy, denerwując wszystkich dookoła i nie widząc w tym swojej winy... Mam z nią tyle wspólnego, że to aż śmieszne i momentami nieco przerażające.
Wracając do rzeczy, musiałem się oderwać od książki, bo wrócił Pan. Miał nawet dobry humor, zrobił pyszny obiadek i dziś wyjątkowo nie próbował żadnych zboczonych zagrań. Ostatnim czasem rośnie mu ochota na mój tyłek i zachęca mnie na różne niemoralne sposoby... Chodzi po domu w samej bieliźnie, "przypadkiem" mogę zobaczyć go nago, również "przypadkiem" się o mnie ociera, częściej przytula, bierze na kolana, nawet od kilku dni na komodzie, na przeciwko łóżka stoi butelka lubrykantu... każdy może ją zobaczyć, ale on nic sobie z tego nie robi. Udaję jak tylko mogę, że nie działają na mnie jego sprośne sygnały. Działają aż za dobrze. Jak mi staje przy nim, muszę się nieźle namęczyć, żeby to ukryć. To dość problematyczne na dłuższą metę.
Boję się, że jak mu dam, wróci do znęcania się nade mną. Naprawdę nie mam nic przeciwko jego przyrodzeniu, tylko nie chcę znowu stać się jego ofiarą. Wiem, że jeśli zwróci mi obrożę, będzie to sygnałem, że powinienem się przygotować na dużą dawkę bólu. Nie wiem, czy dam radę znieść takie traktowanie... przynajmniej nie od razu.

- Byłeś grzeczny? - spytał przy obiedzie, siedząc na przeciwko mnie.
- Tak, Panie - uśmiechnąłem się lekko - Zawsze jestem.

Ma coś dla mnie? Skoro zadaje mi to pytanie, na pewno ma.

- Jesteś pewien?

Zagiął mnie tym pytaniem... Chodzi mu o coś konkretnego? Zrobiłem coś źle?

- Hm? - przyjrzał mi się uważniej, wyczekiwał odpowiedzi.
- Chyba tak, Panie - zmieszałem się.
- No dobrze, niech będzie - uśmiechnął się słodko - Nie wiem czy już ci mówiłem, ale dziś wpadnie moja była - westchnął - Mam nadzieję, że nie będzie dla ciebie problemem zajęcie się trzylatkiem - uniósł nieco brwi.
- Trzylatkiem? - dopytałem, nie mogąc połączyć faktów.
- Yhm - skinął twierdząco głową.

Zaraz... To chyba nie jest jego dziecko...? Nie jest, prawda? Az wspomniał kiedyś o jego niewypale, chodziło mu o to?
Wpadł z jakąś dziewczyną?
Ale, że Kou?!
Dobra, może i jest typem lekkoducha, ale, no po prostu nie!
Ja pierdolę co za debil! Ma dziecko i kręci jeszcze z inną! To się nadaje na jakąś chujową telenowelę...

- Nie patrz na mnie jak na zwyrodnialca... - mruknął - Nie zrobiłem nic złego.
- Ale... Jak? - nie wiedziałem zbytnio co mam mu powiedzieć...
- To moje życie, wiesz? - odpowiedział sarkastycznie - Nie muszę ci mówić wszystkiego. Chcę tylko, żebyś zajął się na dwie, trzy godziny moim... synem - ostatnie słowo z trudem przeszło mu przez gardło.
- Tak, Panie - spuściłem wzrok na talerz - Przepraszam, za pytanie.
- To nic, miło, że się przejmujesz.

Kou ma dziecko...
Dalej to do mnie nie dociera... Jakoś nie pasuje mi do roli ojca... odpowiedzialnego ojca.

Tak jak powiedział, po piątej usłyszałem dzwonek domofonu. Trochę stresowałem się tym spotkaniem... nie wiedziałem czego mam się spodziewać. Na pewno nie miłego, przyjaznego i rodzinnego spotkania...
Jak się dowiedziałem ta kobieta nazywała się Hitomi, była nawet niczego sobie. Miała jasne, blond włosy, delikatne rysy twarzy, ogólnie była bardzo zadbana. Sprawiała wrażenie sympatycznej, przynajmniej przy mnie. Za wiele nie pytała, Kou musiał ją wcześniej o mnie uprzedzić... Ich syn miał na imię Hioou. W pierwszej chwili skapnąłem się, że jest to połączenie ich imion, kiedyś musieli być szczęśliwą parą. Szkoda, że im nie wyszło. Może to przez zamiłowanie Kou do niewolników? Podobno szybko zmieniał sobie partnerów... Lepiej będzie jak nie zagłębię się za bardzo w tym związku, tak będzie lepiej, bezpieczniej. Nie ma sensu głupio się narażać.
Panu wyraźnie nie podobało się to, że jestem jeszcze w mieszkaniu z tym dzieciakiem. Zabrałem go więc na pole, Nanę zostawiłem w domu, bo nie ogarnąłbym tej dwójki na raz. Jak tylko zostałem z nim sam na sam pokazał mi jaki nieznośny potrafi być... Dzieci są czasami naprawdę okropne. Cały czas chciał wracać do domu, bo "tutaj jest nudno". Nie potrafiłem do niego przemówić... Jak się na mnie zdenerwował, to zaczął mnie bez skrupułów kopać i wyzywać od najgorszych.
Skąd trzyletnie dziecko zna w ogóle takie słowa?! To jest jakiś pieprzony terrorysta! Serio już po piętnastu minutach w jego towarzystwie miałem dość... Nie mogłem nawet na niego krzyknąć, bo bałem się, że na mnie podkabluje Kou. Miałbym przejebane, więc starałem się być dla niego miły w miarę swoich możliwości. Zabrałem go na plac zabaw i tam zajął się zabawą z innymi dziećmi. Przynajmniej na chwilę miałem go z głowy...
Nic oczywiście nic nie mogło przejść bezawaryjnie... Ugryzła go, kurwa, jebana mrówka, bo razem z kolegą stwierdzili, że to wyśmienity pomysł zepsuć im mrowisko, a później jeszcze dzióbać w nie patykiem. Co najlepsze, nawet wtedy, gdy próbowałem go jakoś pocieszyć, zaczął na mnie kląć. Ja pierdolę, wszystkie te matki patrzył na mnie jak na kosmitę... Najadłem się w chuj wstydu. Nie mogłem nic zrobić, nic! Choćbym chciał. Ochotę zdezerterowanie rosła we mnie z każdą chwilą, marzyłem by oddać Hioou jego rodzicom... Był okropny w każdym calu...
Szlag mnie trafiał kiedy przechodziliśmy obok sklepu, bo "on chce loda" i już. Jebać to, że nawet nie miałem przy sobie żadnych pieniędzy. On chce i koniec, klękajcie narody. Nie wiem, miałem mu go z kieszonki wyciągnąć? W tamtym momencie pomyślałem, że skoro ma tak wielką ochotę na loda, miło byłoby zatkać mu pysk swoim kutasem.
Później było tylko gorzej, zaczął płakać i drzeć się na cały regulator. Nie wiem co we mnie wystąpiło, już nie wytrzymałem. Dałem mu klapsa i zagroziłem, że jeśli dalej będzie się zachowywać w ten sposób to dostanie mocniej. Po tym się trochę uspokoił, przynajmniej do akceptowalnego stopnia. Liczyłem tylko, że bardzo nie oberwę później od Pana... a oberwę na pewno.
Reszta czasu, który musiałem z nim spędzić, była już milsza. Trochę bałem się wrócić do domu... Kou się wścieknie jeśli ten dzieciak piśnie choć słowo. Jednak nie miałem innego wyjścia, kiedyś musiałem wrócić...
Więc wróciłem. Od razu po przekroczeniu progu drzwi Hioou z płaczem pobiegł do swojej mamy. No to pozamiatane... Pogładziłem ręką swój tyłek, warto zapamiętać ostatnie chwile kiedy nie boli. Ten gówniarz powiedział, że nie tyle co go uderzyłem, tylko "zlałem, przy wszystkich", i że "na siłę" kazałem mu się bawić z innymi dziećmi, a do tego, że "przeze mnie pogryzło go chyba ze sto mrówek". Robił z siebie profesjonalną ofiarę, podczas gdy jego matka już zamordowała mnie na milion sposobów w swojej głowie, jej wzrok mówił sam za siebie...
Na nic zdały się tłumaczenia, że to wszystko kłamstwa... Kou wyglądał na oburzonego, był zły na sto procent... Gdyby nie to, że nie byliśmy sami, pewnie teraz klęczałbym przed nim i błagał o litość. Nie pozostało mi nic innego jak zamknąć się w sypialni i czekać na wyrok... czyli jak zostanę z Kou sam na sam.
Nie musiałem długo czekać. Poszli już po kilkunastu minutach. Powoli wyszedłem z pokoju ze spuszczoną głową i paskiem w ręce. Wiedziałem, że bez niego się nie obejdzie. Poszedłem do Pana i nawet bałem się spojrzeć mu prosto w oczy... Nie odezwał się... Podniósł rękę, więc zacisnąłem powieki.
Nie uderzył mnie... pogłaskał mnie po policzku. Podniosłem na niego wzrok.
Przeszło mu? Nie widziałem już w nim złości.
Zabrał mi pasek.
Czyli jest szczęśliwy, bo będzie mógł mi w końcu wpieprzyć? Czego ja się niby po nim spodziewałem?

- P... Przepraszam... - jęknąłem płaczliwym tonem, w oczach zaczęły zbierać mi się łzy.
- Sachi - uśmiechnął się - Nie bój się. Przecież ja wiem, że nic mu nie zrobiłeś.
- Ale... - pociągnąłem nosem - Wcześniej byłeś zdenerwowany... Nie wierzyłeś mi...
- Przy niej musiałem, wybacz - rozczochrał mi włosy - Nawet jakbyś mu porządnie wpierdolił, prędzej dałbym ci za to nagrodę niż karę.
- J... Jak to...?
- Jest w chuj rozpieszczony, mi samemu czasem puszczają przy nim nerwy - zaśmiał się.

Przytuliłem się do niego, dość mocno obejmując go ramionami. Nie będzie mnie bił... Tak bardzo się cieszę.

- Jestem dumny, że nie próbowałeś uniknąć kary - pogłaskał mnie po plecach - To dużo o tobie świadczy.

Miał na sobie błękitną koszulę, która kompletnie odwróciła moją uwagę od tego co mówił. Tak ładnie pachniała... Nie mogłem się powstrzymać, jedną ręką odpiąłem guzik ze środka i wsunąłem rękę w powstały otwór. Dotykałem jego niemalże aksamitnej skóry... On nie robił nic, pewnie nie chciał mnie teraz wystraszyć, skoro jesteśmy dużo bliżej niż ostatnim czasem.
Nie ukarał mnie choć mógł, nawet jeśli był przekonany o mojej niewinności. Dzisiaj jest dla mnie dobry, więc ja dla niego też będę... Stara się być sprawiedliwy i wyrozumiały. Tyle czasu nie pozwalałem się dotknąć i to uszanował... Cierpliwie czekał aż zbiorę się w sobie i dam mu to czego ode mnie wymaga. Sam z siebie muszę w końcu zrobić coś dla niego i zaspokoić jego potrzeby. Jeśli sam nie przystąpię do działania, to on weźmie mnie siłą.

- Koszula pasuje ci do koloru oczu, Panie - skomplementowałem go cicho.
- Jesteś dziś wyjątkowo odważny.

Złapał mnie obiema rękami w pasie i zrobił krok do przodu, więc się cofnąłem, naturalnie w kierunku sypialni. Trochę się stresowałem, ale wiedziałem, że będzie w porządku. Nie zrobi nic, czego bym nie chciał, prawda?

- To źle? - uniosłem głowę i spojrzałem w jego oczy, lekko się przy tym uśmiechając.
- Nie, robisz to w granicach dobrego smaku - wymruczał - Podniecasz mnie.
- Kiedyś miałem z tym problem, to ja musiałem prosić - zauważyłem.
- Dłuższa przerwa od stosunków nie działa na mnie dobrze - przyznał - Na ciebie pewnie też, co? - uśmiechnął się słodko i znów zmusił mnie do cofnięcia się o krok.
- Tak, Panie.
- Pomożemy sobie nawzajem? - spytał przenikliwym tonem.

Przeszedł mnie mały dreszczyk emocji. Chyba jeszcze mogę się wycofać... czy tego właśnie chcę?
Może mi coś zrobić... coś złego... uszkodzić mnie...
Przed oczami przechodziły mi sceny wszystkiego co zrobił. Nie chcę tego znowu.

- Ciii... Nie bój się - powiedział uspokajającym tonem, bo przez dłuższy czas nie dostał ode mnie odpowiedzi - Potrafię być delikatny. Pamiętasz? - popchnął mnie delikatnie w stronę sypialni - Jak kiedyś.

Nie, właśnie nie chce, żeby było jak kiedyś... Jemu już stał, ale nie chciałem się z nim bawić. Już nie. Przestraszyłem się, jest cholernie zdesperowany. Co ja najlepszego narobiłem? Bałem się ruszyć.
Zgwałci mnie. Mi będzie źle... Nie chcę.

- Razem było nam dobrze, tak? Pamiętasz, sam się do mnie dobierałeś. Chcesz do tego wrócić, prawda? Jest tak, racja?

Nie, nie, nie... Niech ktoś go ode mnie zabierze... proszę... Jego wzrok przeszywał mnie na wylot. Nie wiedziałem co mam zrobić. Bałem się wykonać jakikolwiek ruch.

- Sachi? - posmutniał - Będzie fajnie, obiecuję. Nie będę cię bił, ani wyzywał jeśli tego nie chcesz.

Oprócz tego jest jeszcze wiele rzeczy, które może zrobić...
Widziałem, że już się denerwował. Zrobiłem mu nadzieję, podnieciłem... Nie zostawia się nikogo w takim stanie, zwłaszcza własnego Pana. Powinienem się mu poddać...? Jeśli tego nie zrobię, ukarze mnie...
Spokojnie, muszę myśleć.
Wyjście z sytuacji. Jakieś musi być.
Musi być coś co mogę jeszcze zrobić.

- Nie chcę do niczego wracać - głos mi się załamywał - Zamiast tego... możemy... - spuściłem wzrok na podłogę - Możesz... - słowa coraz trudniej przechodziły mi przez gardło - Przeprosić - szepnąłem cicho - Chyba jestem w stanie wybaczyć... Zacząć od nowa... - nerwowo gniotłem róg koszulki.
- Ja mam przepraszać? - spytał ironicznie.

Wpierdoli mi za to. Wiem, że tak będzie. Nie podoba mi się jego ton głosu...
Zacząłem szybciej oddychać, byłem przerażony. Po co w ogóle się odzywałem?!
Panikowałem coraz bardziej z każdą kolejną sekundą.

- Chcesz, żebym cię przeprosił, tylko za co? - złapał za mój podbródek i zmusił do spojrzenia sobie w oczy.
- Za każdą zabawę, którą odebrałem jak karę - wyznałem pod jego naciskiem - Za oczekiwanie ode mnie zbyt wiele... Za zbyt szybkie wprowadzenie dużych zmian, do których nie mogłem się przyzwyczaić...
- To chyba normalne, że skoro daje ci dom, ciepłe łóżko, dobre jedzenie i swój czas, muszę od ciebie czegoś wymagać? Ja ustalam jakie są zabawy, a to jak je odbierasz nie musi mnie interesować.
- Ale... - jęknąłem.
- Nie - przerwał mi - Na spokojnie, nie mam za co przepraszać. Weźmy na przykład takiego Aza, który jest dla ciebie wzorem, tak?

Skinąłem twierdząco głową, choć nie wiedziałem do końca do czego zmierza...
Az wzorem? Kou to mówi?

- Wiesz czego wymagał od niego Satoru na samym początku ich więzi Pan-niewolnik? - uniósł jedną brew i mi się przyjrzał - Kompletnie niczego i wszystko za razem. Az miał wolną rękę, mógł robić wszystko na co miał ochotę i wiesz co? Sam przychodził do Pana jeśli stwierdził, że zrobił coś źle. Otwarcie mówił o wszystkich swoich przewinieniach, nie znając przy tym żadnych zasad. Dostawał kary, bo wiedział, że tego wymaga od niego Satoru. Ty masz wszystko podane na tacy, wszystko jest jasne, wiesz na czym stoisz i masz problem w dostosowaniu się. Dlaczego?
- Jesteś o niego zazdrosny, Panie...? - zrobiło mi się przykro.

Mówi o nim w taki sposób jakby żałował, że nie ma nikogo podobnego... Może on tak na prawdę nie nienawidzi go za coś co być może zrobili sobie w przeszłości, tylko dlatego, że jest dla niego idealny...?

- Pytałem o coś innego - warknął zdenerwowany - Poza tym on jest tu tylko przykładem. Nie rozumiem dlaczego nie potrafisz się mnie słuchać.
- W porównaniu do niego jestem psem bardzo krótko... Nie będę jak on... - szepnąłem ze skruchą.
- Nie chcę, żebyś taki był - powiedział z wyrzutem - Bądź psem, wiesz na czym wszystko polega. Zacznij mnie uważać za Pana, dałem ci już wystarczająco dużo czasu.
- Tak, Panie...
- Zdajesz sobie sprawę, że gdyby nie ta durna umowa, nie trzymałbym cię tyle?
- Tak, Panie...
- Zapracuj na to, żebym miał powody chcieć cię dalej trzymać, żebym mógł być z ciebie dumny, żebym mógł z dumą przedstawiać cię jako swojego pieska, i żeby nam obydwu było dobrze, bo na razie jest tylko tobie - dokończył z lekkim żalem.

Czyli on tak na prawdę mnie nie chce... To w sumie dobrze, nie będzie chciał niczego przedłużać. Jeszcze kilka miesięcy i się rozstaniemy, mam nadzieję, że na zawsze. Chyba jestem w stanie tyle wytrzymać.

- Posłuchaj, nużą mnie już te podchody, więc jeśli nie masz nic przeciwko, zaczniemy od nowa. Pójdę ci na rękę i zacznę wprowadzać kolejne zasady stopniowo, czy to jest jasne?
- Tak, Panie - odpowiedziałem krótko - Więc obroża...
- Nie dostaniesz jej, dopóki nie uznam, że na nią zasługujesz - przerwał mi.
- Dobrze...

To teraz jestem jeszcze gorszy niż pies...?


Hayato

Jak miło jest się odstresować w piwnicy... w należytym akompaniamencie czyichś jęków i błagań. Szkoda, że to już ostatni taki dzień w towarzystwie tego dzieciaka. Jutro będzie już dwudziesty szósty września, czyli mój deadline. Wszystko zdążyłem z nim przepracować, więc teraz tylko odbiorę swoją zapłatę i luz. Muszę przygotować swoje konto bankowe na mały zastrzyk gotówki. W przyszłym tygodniu... albo w jeszcze następnym, wybiorę się na targi. Liczę na jakieś sympatyczne mordki do tresury. Hiro siedział gdzieś z tyłu mojej głowy, ale starałem się go stamtąd systematycznie wytępiać. Co najlepsze, w dalszym ciągu próbował się do mnie dobić. Mam go w dupie, niech robi co mu się żywienie podoba. Skoro jest na tyle słaby, że nie potrafi żyć bez mojego nadzoru, to nie potrzebuję go. Ma wszystko czego mu trzeba, dalej niech radzi sobie sam. 
Dziś wieczorem pozwoliłem sobie trochę odpocząć od codzienności i umówiłem się ze znajomymi na małą imprezę w innym mieście.
Znaczy... Ta impreza miała być mała. W trakcie okazało się, że czyjaś dziewczyna jest w ciąży i pasowało to uczcić. Starałem się bardzo dużo nie pić, bo wiedziałem, że nazajutrz będę musiał przejechać kawałek drogi samochodem. Wątpię, że ten gość sam się pofatyguje po psa...
Przenieśliśmy się do większego klubu i jakoś trudniej było mi się powstrzymać przed nieprzyzwoitymi ilościami alkoholu. W końcu nie wytrzymałem i pozwoliłem sobie popłynąć. Pamiętam, że kilka razy minął mi przed oczami jakiś przystojny blondyn. Może to przez niego tak wysoko skoczyła mi ochota na seks? Nie wiem. Fajniej jakby okazał się gejem, albo chociaż bi.
Ewidentnie przesadziłem, bo już o pierwszej w nocy rzygałem jak kot w kiblu. Trochę wytrzeźwiałem dzięki temu, albo tylko mi się tak wydawało. Stanąłem nad umywalką i wypłukałem usta. Jako tako się poprawiłem, choć nawet nieco rozczochrany wyglądałem jak zajebiste ciacho. Już miałem wyjść, ale w tym samym momencie trafił tu mój obiekt westchnień dzisiejszej nocy. Nie miał dużo promili we krwi, widziałem po jego postawie. Kiedy mnie zobaczył. zamierzał się nieco, a później chyba udawał, że mnie nie widzi... Nie ma tak, mnie się nie ignoruje. Po dokładniejszym przyjrzeniu mu się, stwierdziłem, że chyba skądś go kojarzę. Za chuja nie mam pojęcia skąd. Byliśmy tu tylko we dwoje, a mnie chciało się ruchać... Nie odpuszczę takiej okazji. Tylko jakby go tu zagadać...?

- Widzę, że ty tu na dziwki - mruknął przyglądając się mojemu kroczu.

Problem sam się rozwiązał... Nie narzekam. Ten głos... Znam go. Czy to jest... nie...

- Az? - uniosłem jedną brew.
- Yhm - uśmiechnął się podejrzanie - Nie poznałeś?
- Poznałem, tylko... co ty tu robisz? - zmieszałem się nieco.
- To co ty - podszedł do mnie i położył rękę na moim brzuchu - Bawię się - zsunął ją niżej.
- To chyba nie najlepsze miejsce dla ciebie - odtrąciłem jego dłoń.
- Dlaczego tak sądzisz? Byłem już w lepszych klubach.
- Co na to twój Pan? - spytałem z ciekawości.
- Są dni, że sam mnie wygania i nie tak głośno - zaśmiał się słodko - Nikt nie wie, że mam Pana.
- Powinieneś się tym chwalić - mruknąłem.
- Musiałbyś się postawić na moim miejscu, żeby to zrozumieć.

Po krótkiej wymianie zdań doszedłem do wniosku, że jest jednak trochę podpity, może brał nawet coś więcej. Do tego widzę, że nie tylko ja mam ochotę się ruchać.

- Chcesz się zabawić? - spytałem prosto z mostu.
- A masz przy sobie coś na poślizg? - od razu się zgodził.
- Ślina ci nie wystarczy?
- Zapomnij. 
- Jesteś aż tak delikatny? - spytałem nieco ironicznie - A może potrzebujesz swojego pluszaka? - zaśmiałem się.

Oj, wkurwiłem go i to dość porządnie. Niech się cieszy, że nie wygarnąłem mu tego przy jego znajomych. Po krótkiej chwili przełknął moją prowokację i wrócił do poprzedniego, opanowanego stanu.

- Nie tyle delikatny, co logicznie myślący - odpowiedział spokojnie - No bo pomyśl, muszę jeszcze jakoś wrócić do domu, nadal jest wcześnie, a ja mam ochotę się bawić, a nie zwijać gdzieś w kącie, bo debil, taki jak ty, sobie wymyślił ruchanie bez poślizgu.
- Debil? - wyszczerzyłem się - Zero respektu, jak nic ci nie grozi, co?
- Poniekąd - wzruszył ramionami - Chyba możemy się traktować jak kumple? - spojrzał na mnie sugestywnie - Jesteśmy na terenie niczyim.
- Jest w tobie coś w chuj uroczego - przyznałem z lekkim uśmiechem - Chciałbym cię mieć - dodałem już na poważnie.
- A ty nie masz przypadkiem jednej roboty?
- Mam, ale jak tylko oddam wam Nusia, to zostanę sam.
- A Hiro? Znudził ci się już? - jego oczy na moment zaiskrzyły.
- To trudne, zostawiłem go - wyjaśniałem.

Jego mina w tym momencie była bezcenna. Jakby ktoś mu przywalił w twarz, ale mimo to zdawał się być jednym z najszczęśliwszych ludzi na świecie. Może to przez zazdrość? Satoru traktuje go inaczej niż ja kiedyś Hiro.

- Czyli... Jesteś singlem? - dopytał.
- Aktualnie, tak - potwierdziłem.
- No to zajebiście - powiedział wyjątkowo wesoło - Zero zmartwień i problemów. Chodź, postawię ci drinka - skierował się do wyjścia z łazienki.

Serio zerwanie z chłopakiem jest powodem do świętowania?
W sumie...

- Chcesz mnie jeszcze bardziej upić? - dołączyłem do niego - Ja się wyruchać nie dam.
- Wiem, nic ci nie zrobię - zapewnił.
- Niby dlaczego mam ci wierzyć? - stanęliśmy przy barze.
- Nie wiem, ludzie mi z reguły ufają - powiedział przekonany o prawdzie swoich słów.

Zamówił dwa drinki. Widzę, że hajsu ma przy sobie pod dostatkiem... tysiąc jenów za jeden, to trochę dużo. Ale jak chodzi do tego typu miejsc i "lepszych" jak to ujął, to zapewne za dziwkarskie usługi ma kasy jak lodu.

- Nie masz obroży - zauważyłem.
- Brawo za spostrzegawczość - zaśmiał się - Mówiłem już, że nikt nie wie o moim psim życiu - przypomniał.
- Chciałbym cię w niej widzieć - kontynuowałem.
- A jak ty i uległość? - pokierował temat w inną stronę -W parze czy nie bardzo?
- Czemu pytasz? - spytałem podejrzliwie.
- Bo Satoru stawia wielki opór jeśli proponuję mu niewinną zamianę miejscami.
- Mam podobnie, ale byłem już na dole - wziąłem łyk, muszę przyznać, że bardzo dobrego trunku - To kompletnie nie moja bajka.
- No proszę... Tego bym się nie spodziewał - wyglądał na zaskoczonego - Weź przekonaj Satoru. Muszę go w końcu rozdziewiczyć - uśmiechnął się, zapewne do swoich myśli.
- Kiedyś ci się uda, może nawet bez mojej pomocy.

Jemu naprawdę zależało, żeby być tym pierwszym partnerem dla Satoru w innej konfiguracji. Jak jest zdesperowany, zrobi to nawet na siłę. Chyba, że ma już na tyle sprany mózg, że wyznaje kult jednostki, jaką jest jego Pan...

- Chciałem zapytać... - odwrócił wzrok  - Co zrobiłbyś z psem, którego masz już długo, ale on się do tego kompletnie nie nadaje, znaczy... - zastanowił się na moment - Inaczej: po prostu go nie chcesz.
- Nie wiem, zależy od tego co potrafi, jak wygląda, czy ma jeszcze predyspozycje do rozwijania się dalej jako uległy - mruknąłem - Myślę, że oddałbym komuś innemu, nawet za darmo, albo przekazał bratu, żeby wystawił na aukcję.

Wzdrygnął się nieco po usłyszeniu słowa "aukcja". Obstawiam, że ma jakieś nieprzyjemne wspomnienia.

- A nie zabiłbyś go? - spojrzał mi prosto w oczy.

Może i jestem pijany, ale to co powiedział mnie zszokowało. Może i czasami groziłem psom w ten sposób, ale nigdy nie posunąłbym się tak daleko. Przerasta mnie wizja, że miałbym kogoś zabić, nawet teoretycznie nic nie znaczącego niewolnika.

- Nigdy nie zabiłem i tego nie zrobię - powiedziałem twardo.
- Ja się waham... - westchnął - Nie jestem mordercą, ale ciekawość mnie zżera jakie to uczucie. - spojrzał w górę - Satoru zawsze jest podekscytowany, chciałbym wiedzieć co dokładnie czuje w takich momentach.

Mówił o tym z tak ogromną łatwością... byłem pełen podziwu. Na pewno wiele razy widział śmierć innego psa, to musi być przykry widok. Zwłaszcza jeśli to ktoś, kogo znasz, a może i nawet przyjaźnisz. Jak tak teraz myślę, musi być mu ciężko, ma sporo na sumieniu.
Wątpię, że ma jeszcze jakieś sumienie...

- Zdajesz sobie sprawę, że możesz poczuć coś kompletnie różnego od niego, prawda? A jak się zrazisz? - próbowałem jakoś logicznie do niego podejść.
- Gorzej jakbym się zaraził.

Kiedy mówił miał w swoich oczach, coś, co uświadamiało mnie, że jest ze mną bardzo szczery. Nie wierzę, że byłby w stanie skrzywdzić kogoś w ten sposób.

- Kiedy do nas wpadniesz? - zmienił temat, wracając do swojego naturalnego szczęścia.
- Jak nie będę miał dużego kaca, to pewnie stawię się jutro wieczorem - udałem, że nic mnie nie ruszyło.
- Jestem cztery godziny drogi od domu. Ty mieszkasz bliżej, nie? - niby nienaumyślnie oblizał wargi.
- Tak, ale nie wezmę cię do siebie - odmówiłem od razu, bo później miałbym z tym problem.
- Satoru się zgodzi. Jak powiem mu, że będę u ciebie, to nie będzie miał żadnych powodów do zmartwień.
- Nie wezmę na siebie żadnej odpowiedzialności za ciebie - nie spodobało mi się, co powiedział.
- Nie o to mi chodzi - spojrzał na mnie nieco zażenowany - Będzie spokojny, że nazajutrz nie skończę z poderżniętym gardłem.
- A skąd masz taką pewność?

Jak tak na niego patrzę, to prędzej ja skończyłbym w ten sposób... Za dużo się już chyba nasłuchałem o morderstwach. Alkohol wcale nie pomaga mi o tym zapomnieć, a, kurwa, powinien pomóc.

- Bo masz za miękkie serce - uśmiechnął się delikatnie - Jeśli ktoś potrafi kochać, to nie zbije z premedytacją.
- Czyli twierdzisz, że twój Pan nie potrafi? - prychnąłem.
- To skomplikowane - mruknął - On... - zawahał się - Nie wiem, nie siedzę w jego głowie.
- Po pięciu latach i dalej się zastanawia? Grubo - mruknąłem z wyraźną kpiną.
- Sześciu - poprawił mnie - Ale mi to nie przeszkadza. Wystarcza mi taki jaki jest na co dzień. Nie mogę mu nic narzucać.
- A gdyby nie był dla ciebie Panem? Narzucałbyś? - nacisnąłem.
- Wtedy nigdy byśmy się nie poznali, ale zakładając, że jakimś cudem by się tak stało, to zero szans na związek. On chyba nie chce się z nikim wiązać - już miał skończyć swoją wypowiedź, ale widząc, że oczekuję jej kontynuacji, zaczął mówić dalej - Dobra, przypuśćmy, że jednak jestem z nim razem w "normalnym" związku - wywrócił oczami - Może zwróciłbym mu uwagę na parę rzeczy, ale nie kazałbym mu się po żadnym pozorem zmieniać.

Satoru nie wie nawet co traci, nie pozwalając Azowi się z nim związać. Jeśli wszystko co teraz mówi jest prawdą, to facet idealny dla domina, takiego jak ja, czy on.

- Wracając do tego, że już jestem singlem... - uśmiechnąłem się - To chyba mogę cię przenocować.
- I prawidłowo - wyszczerzył się zadowolony - Zadzwonię do Satoru, zaczekasz moment?
- Yhm.
- Tu dziwki liczą sobie podwójnie, a męskie nawet więcej, nie daj się uwieść - zaśmiał się.

Po kilku chwilach zniknął z pola mojego widzenia. Wziąłem do świadomości jego ostrzeżenie. Nie ma co przepłacać przez swoją głupotę.
Jakieś... Pięć minut później podbił do mnie chłopak, też blondyn... Mam dziś niezłe powodzenie. Alkohol mocniej we mnie uderzył i nawet nie próbowałem odrzucać jego zalotów. Porozmawiałem z nim chwilę i wyszło na to, że przyszedł z Azem. On sam dołączył do nas niedługo później. Ten to ma jednak towarzyskie życie...

- Nao, czemu podrywasz mi faceta? - powiedział niezadowolony.
- Muszę wiedzieć, czy dobra partia - zaśmiał się - To nie jest podryw.
- Najlepsza, spierdalaj - pocałował go w policzek.

Może są razem? Nie... Chociaż? Chyba dobrze się znają.

- Kto w tym związku będzie na dole? - przyjrzał mi się zaciekawiony.
- Ty - odpowiedziałem zadowolony.
- Trójkąt? - wyszczerzył się Az.
- Ryu mnie ubije jak się dowie - westchnął - Nie ma szans.
- Czworokącik? - zaproponowałem.
- Nie kuś - zaśmiał się - Nie mogę.
- Mam fajne zabawki - przestałem się z czymkolwiek kryć.
- No ma - poparł Az - Chciałbyś się nimi pobawić.
- Nie, ja już pójdę, bo zaraz wciągnięcie mnie w orgię - wystawił język i zniknął szybciej niż zdążyłem cokolwiek powiedzieć.

Przyglądałem się jeszcze chwilę miejscu, w którym zniknął. Mój mózg odrobinę zwolnił i już nie tak szybko łapałem co dzieje się dookoła. Nie powinienem już więcej dzisiaj pić...

- Spotkajmy się za dwie godziny przed wyjściem - zarządził.
- Jasne.
- Ogarnij jakiegoś szofera - rozkazał.
- Czemu ja? To ty chcesz się wybrać do mnie - mruknąłem niezadowolony.
- Nie komplikuj - wywrócił oczami - Po prostu to zrób, ok? - stanął centralnie przede mną i położył ręce po obu moich stronach na blacie.
- To na mnie nie działa, wiesz? - wyszczerzyłem się.
- Jestem za mało uwodzicielski? - wymruczał i otarł się o moje krocze w zmysłowy sposób - W łóżku jestem niezastąpiony, to ty kupujesz tej nocy mnie, nie ja ciebie.
- Tak chcesz się bawić?
- Chcę - westchnął do mojego ucha - Bardzo chcę.
- Kurwisz się na potęgę - zaśmiałem się.
- To źle? - wsunął nogę pomiędzy moje - Mam tylko ochotę na doby seks, a z tego co pamiętam masz w spodniach ładnego prezesa.
- Dobra - uległem - Załatwię.
- Świetnie - pocałował mnie krótko w usta - Panie - wyszeptał.

Przeszedł mnie przyjemny dreszczyk. Cudownie brzmiało to z jego ust.
Kiedyś będzie mój.
Muszę go zdobyć.

- Mam parę rzeczy do załatwienia, więc jeśli pozwolisz, to na razie cię zostawię.

Ja powiedział, tak zrobił. Wypiłem do końca drinka i wróciłem do swoich kumpli. Jeszcze trochę myśląc ogarnąłem kierowcę i z trudem powstrzymywałem się przed piciem. Nie chciałem dziś zgonować. Czeka mnie jeszcze ruchanie jednej z lepszych dup.
Chyba o umówionej godzinie, choć nie byłem do końca pewnie wyszedłem przed klub ze swoim szoferem. Najwyraźniej trafiłem, bo Az przyszedł do mnie paręnaście minut później. Nawet szedł jeszcze w miarę prosto. Ja miałem z tym trochę większe problemy, ale tragedii nie było. Otworzyłem przed nim tylne drzwi i gestem zaprosiłem. Bez słowa wsiadł do środka, ja zająłem miejsce po drugiej stronie. Może ten samochód nie jest szczytem luksusów... ale przynajmniej mamy podwózkę.

- Mogę być kotem? - spytał, po czym cicho się roześmiał.
- Czemu kotem?
- Kocham koty - zaczął mruczeć i usiadł bliżej, po czym się we mnie wtulił.
- Niech będzie - zgodziłem się.

Nie wiem czy odniosłem trafne wrażenie, ale on chyba czegoś się naćpał i to tak konkretnie. Raczej nie miesza się alkoholu z narkotykami....

- Jesteś kociarzem? - spytał z uroczą miną.
- Po części - przyznałem - Pieski też lubię, ale tylko te małe.
- Psy są niefajnie - zaśmiał się - Ślepo wpatrzone w człowieka. Koty są inne, wolne w niewoli. Dokładnie jak ja! - ucieszył się - Prawda, Panie?
- Tak, pie... kotku - poprawiłem się szybko.

Nie wiem czy w tym momencie mówił tak do mnie, bo chciał zacząć jakąś grę wstępną, czy faktycznie mylił mnie z Satoru. Obawiałem się tego drugiego, nie chcę żadnych nieporozumień... Patrzył na mnie z taką ogromną nadzieją, jakbym miał zaraz dać mu coś wyjątkowego.

- Brałeś coś? - nie wytrzymałem.
- Yhm - odmruknął zadowolony - Ale nie wiem co - zaśmiał się radośnie.

No to genialnie... Ja chciałem się pieprzyć z Azem, a nie naćpaną wersją jego. Może i mam na niego ogromną ochotę, ale bezpieczniej będzie odpuścić i po prostu z nim zasnąć. Ewentualnie rano, choć oboje będziemy pewnie zdychać, więc wątpię.

- Coś się stało, Panie...? - wyraźnie się przejął.
- Nie, nic - uśmiechnąłem się do niego.
- Nie jesteś zadowolony? - dopytywał dalej - Przepraszam, że wziąłem to bez twojej zgody... - powiedział ze skruchą.
- Nic się nie stało - zapewniłem.
- Wstanę rano, obiecuję.
- Co? Czemu miałbyś...? - nie zrozumiałem.
- Przez jedną zarwaną noc nie odpuszczaj mi obowiązków, Panie. Zrobię wszystko co trzeba.

Chyba moje podejrzenia się sprawdziły... Myli mnie z Satoru. Jedyne co mnie z nim łączy to ciemny kolor włosów i może barwę głosu mamy trochę zbliżoną. Poza tym, to ciężko nas pomylić...
Zacząłem go głaskać. Cicho mruczał, ale nadal był dość pobudzony. Ciekawe co będzie dalej, jak przestaną na niego działać narkotyki? Stany lękowe? Depresyjne? A może w ogóle się to na nim nie odbije?
Na szczęście pod koniec drogi już był w miarę rozumny i po dłuższej chwili tłumaczenia, udało mu się pojąć kim jestem. Niedługo później stanęliśmy przed moim domem. Jak wysiadł z samochodu i zobaczył gdzie jest, zaczął nieskuteczne łączyć fakty. Coś mu wyraźnie nie pasowało. Faza z niego schodziła, bo zaczynał robić się śpiący i zachowywał się trochę nerwowo jak na moje oko. Zaprowadziłem go do środka i zobaczyłem w nim lekki strach. Spodziewałem się tego, ale niedługo mu przejdzie. Widziałem jak intensywnie myślał nad tym co się dzieje. Nie zamierzałem dawać mu żadnych ulg przez jego stan. Weszliśmy do sypialni. Zachowywał się w cholernie uległy sposób... Nadal trochę się bał, ale wiedział jak ma postępować, żeby mnie nie zdenerwować.

- Rozbierz się tutaj - rozkazałem.

Skinął głową i dość sprawnie wypełnił polecenie. Na brzuchu miał brzydką, zabliźniającą się ranę. Widocznie się nie oszczędzał... Inaczej zagoiłaby mu się dużo szybciej. Jaki widzieliśmy się dwa tygodnie temu, już ją miał. Po takim czasie nie powinna wyglądać jak zrobiona trzy dni temu...

- Az, pójdziesz się umyć? - spytałem sam.
- Tak, Panie.
- Masz tyle czasu, ile chcesz - dodałem.
- Dziękuję - uśmiechnął się delikatnie.

Nie patrzył na mnie od momentu przekroczenia progu, pamiętał. Satoru tego nie praktykuje, więc zrobiło mi się bardzo miło, że w głowie nadal miał moje lekcje, nawet, kiedy nie był końca trzeźwy. Poszedł grzecznie do wyznaczonego miejsca. Ja w tym czasie udałem się do kuchni, przygotować jedzenie dla Nusia. Dalej śmieszy mnie jego przezwisko. Nie jadł nic od śniadania, musi być głodny.
Nie przewidziałem jednego... Że on ma teraz zerowe poczucie czasu, rozregulowały mu się godziny spania i wstaje o różnych porach. Powinienem był zamknąć tamten pokój na klucz...
Nim zdążyłem się zorientować, wyszedł z niego. Miał wstęp tylko do jednego miejsca, w którym aktualnie przebywał Az.
Zjebałem.
Po całości.
Zanim dotarłem do łazienki, a tak szczerze, byłem w chuj ciekawy co się wydarzy i niespecjalnie mi się śpieszyło, już trochę rzeczy zdążyło się wydarzyć. Niestety nie było to tak interesujące jak zakładałem... Hideki został po prostu nieco brutalnie wypchnięty za drzwi. Nie usłyszałem od żadnego z nich ani słowa. Chłopak widząc mnie, posłusznie klęknął. Zauważyłem, że mentalnie przygotował się na ewentualne uderzenie w pyszczek. Nie wyglądał na przejętego obecnością Aza, jednak ja i tak wiedziałem co się dzieje w jego głowie. Musiał się bardzo starać, żeby niczego po sobie nie pokazać.

- Czekaj, a później go przeproś, cwelu - przybrałem ton władcy.
- Tak, Panie - odpowiedział szybko.
- Zachowałeś się nagannie.
- Wybacz mi, Panie. To przez nieuwagę, moja wina.
- Tylko po karze mogę wybaczyć, za to jeśli Az nie wybaczy ci od razu, spotka cię ona również od niego.
- Zasłużyłem, Panie.

Kurwa, tego jeszcze mi brakowało. Już udało mu się wytrzymać piąty dzień bez lania, to znowu jebana powtórka. Na bank zostaną mu ślady do jutrzejszego wieczoru.
Trudno już, nie moja sprawa. Wróciłem do kuchni i skończyłem przygotowywać dla niego kolację. Zaniosłem ją do pokoju zabaw i położyłem w jego kącie.
Zawsze wszystko było poukładane na swoich miejscach, w podłodze mogłem się przejrzeć... teraz jest inaczej. Nikt nie dba o to miejsce w akceptowalny dla mnie sposób. Sam nie mam ani czasu, ani ochoty sprzątać tu pięć razy dziennie. No dobra, może to trochę przesada, powiedzmy: codziennie. Mam problem, żeby dwa razy w tygodniu zmusić się do ogarnięcia mieszkania...
Koniecznie muszę znaleźć sobie kogoś na stałe, potrzebuję rąk do pracy.
Swoją drogą... szkoda, że nie mam drugiej łazienki. Chociaż Azowi chyba nie powinno przeszkadzać moje towarzystwo. Nadal pozostaje psem, czy tam kotem. Nawet jak będzie miał ku temu jakieś obiekcje, to jest u mnie, a nie ja u niego. Poszedłem więc z zamiarem wzięcia prysznica w stronę łazienki. Minąłem Nusia i dołączyłem do Aza pod strumieniem ciepłej wody. Nie był zbyt zadowolony, ale miałem to gdzieś. Później się do mnie przyzwyczaił i nawet zaczęliśmy się całować. Już z łatwością ogarniał co się w okół niego dzieje, na całe szczęście. Może seks nie jest jeszcze przekreślony? Chciałbym, żeby tak było. Długo się nad czymś zastanawiał, chciał mi coś powiedzieć, ale nie mógł się do tego zebrać. Udało mu się jednak przełamać.

- Hideki jest inny - stwierdził smutno.
- Tak, dobrze, że widzisz różnicę - powiedziałem z dumą i się wyszczerzyłem.
- Mi podobał się wcześniej - kontynuował tym samym tonem - Zabrałeś mu za dużo... Z kim ja się będę bawił?
- Zrobiłem tak, jakie wytyczne dostałem - wzruszyłem ramionami - To zależy od Satoru, nie od ciebie. Lubi trochę rzeczy, dogadacie się. Ty też się sporo zmieniłeś po tygodniu u mnie - zauważyłem - W ogóle mocno się zmieniłeś, zacznijmy od tego. Może twoim współlokatorom też się to nie podobało?
- Tak, ale...
- Ty nie masz prawa decydować - przerwałem mu - Nigdy.

Jakby moje słowa do niego nie przemawiały. Doskonale rozumiał ich sens, ale nic sobie z nich nie robił. Nie chce lekcji z wychowania? Jego Pan podejmuje decyzje, nie on.

- Mylisz się - odpowiedział po namyśle.
- Od trzech lat zajmuję się profesjonalną tresurą i miałem przyjemność obcować z ogromną ilością psów, każdy Pan wymaga mniej więcej tego samego. Żaden pies nigdy nie będzie decydował - przyparłem go ręką do ściany, żeby wywrzeć na nim presję i trochę zdominować.
- Tak, żaden - uśmiechnął się - Ale ja nim nie jestem. Rozumiesz? Już nie jestem psem.
- Idiota - skomentowałem.
- To będzie już jakieś dwa lata, od kiedy Pan przestał mnie karać i zmuszać do czegokolwiek. Teraz nawet mogę zniknąć na kilka dni i nikt nie będzie mnie szukał. Mogę odejść w każdej chwili - wytłumaczył na spokojnie.
- Więc zastanów się co właściwie tu robisz i po co tu przyjechałeś - zacząłem się irytować.

Chciałem przelecieć psa, a nie randomowego, "wolnego" człowieka. Tak to można sobie z każdym...

- Wiem po co, tylko próbuję wyprowadzić cię z błędu... - powiedział z lekką skruchą.
- Nie mylę się, wspomniałeś, że straciłeś to stanowisko. Nie mamy o czym rozmawiać - mruknąłem zażenowany - W tym temacie - sprostowałem.
- Niech będzie. Puścisz mnie już? - spytał niewinnie się uśmiechając, zrobiłem czego chciał - Jeszcze co do Hidekiego... jest szansa, że kiedykolwiek będzie jak wcześniej?

Jest niezwykle uparty. Mógłby raz przyjąć do wiadomości, że może nie mieć na coś wpływu. Wyszliśmy razem spod prysznica i zaczęliśmy się wycierać.

- Aż tak ci na tym zależy? - mruknąłem - Tak, oczywiście, że jest, ale minimalna, tylko jeśli Pan mu na to pozwoli - westchnąłem zrezygnowany - Chyba, że celowo spróbujesz go przywrócić do poprzedniego stanu, ale i to może się nie udać. Trochę się narobiłem, Satoru nieźle się za to wypłaci. Nie niszcz Hidekiego dla własnej satysfakcji.
- Nie zniszczę, tylko szkoda mi, że go "straciłem". Teraz już nie będę musiał go kontrolować w tak dużym stopniu i spędzać z nim całych dni.
- Powinieneś się cieszyć, mniej zajęć a ciebie - podsumowałem.
- Będzie nudno, muszę poszukać sobie coś innego do roboty - powiedział udawanym, przybitym tonem.
- To dla ciebie nie problem.
- Chce powiedzieć, że zabrałeś mi zabawkę - odezwał się z wyrzutem.
- Ty lepiej zostań przy swoich miśkach - prychnąłem.
- Jak związek ma mój pluszak z tresurą psów?! - zbulwersował się.
- Serio sądzisz, że Satoru postrzega cię jako na tyle odpowiedzialnego i dorosłego, żeby powierzyć ci w całości wychowanie kogokolwiek? - przechyliłem głowę na bok.
- Pan Kot nie ma nic do rzeczy - warknął.
- Kto? - parsknąłem śmiechem, nie mogąc już wytrzymać - Jesteś poważny?
- Kurwa, jestem - zagotowało się w nim - Myślisz, że nie porządnie wytresuję psa?
- Tak - uśmiechnąłem się zawadiacko.
- Udowodnię ci, że się mylisz.
- Zakład?
- Nie byłbym sobą gdybym odmówił.

No i super, pora zacząć zastanawiać się nad swoją nagrodą. Muszę przemycić jakiś haczyk, przez który na pewno nie uda mu się wygrać. Nie mu pozwolę na to.
Az przez chwilę milczał jak zaklęty, wyraźnie coś mu nie pasowało. Nawet nie chciało mi się pytać co, bo pewnie znowu wciągnąłbym się z nim w bezowocną dyskusję.

- Nosisz bokserki L, czy XL? - spytał, przyglądając mi się.
- Czemu pytasz? - zdezorientował mnie.
- Nie lubię spać w znoszonym - skrzywił się.
- Mam ci pożyczyć bokserki? - spojrzałem na niego jak na idiotę.
- Ja bym ci pożyczył.
- Ale...
- Proszę, Panie - zrobił tak uroczą minę, że aż zrobiło mi się źle z myślą o odmowie.
- Ty pieprzony manipulancie - zmierzyłem go groźnie spojrzeniem.
- To jeszcze nie jest manipulacja - zaśmiał się - Doszedłem do wprawy.
- A tego akurat nie powinieneś mi mówić - zauważyłem.
- Część zabawy - wytłumaczył.
- Niech będzie, pobawimy się.
- Ale dostane te bokserki?
- Dostaniesz - westchnąłem.
- Dzięki - wyszczerzył się zwycięsko.

Wyszliśmy razem, nago z łazienki. Hideki nie spojrzał w górę, nawet się nie zarumienił. Cieszyło mnie to. Jest bardzo dobrze, Satoru będzie z niego zadowolony.

- Az - odezwał się cicho, jednak dość pewnie - Przepraszam, że wszedłem do łazienki, kiedy w niej byłeś.
- Hm...? - rozkojarzył się.
- Wybaczysz mi? To była moja wina... - zabrzmiał jakby był mocno przybity tym faktem, ale wiedziałem, że to nieprawda, Az nie wiedział.
- Nic się przecież nie stało - mruknął bez przekonania i spojrzał na mnie nie wiedząc zbytnio co ma ze sobą zrobić - To chyba normalne, czasem się zdarza, nie? - ponownie skierował swój wzrok na chłopaka - Nie zamknąłem drzwi na klucz, więc każdy... mógł... - bardzo posmutniał.
- Dziękuję - uśmiechnął się delikatnie pod nosem.

Az był teraz po prostu w częściach. Nie mógł się pogodzić z przemianą Nusia. Sądziłem, że jest silniejszy. Na cóż, ostatnio podobno często się mylę.

- Potrzebujemy świadka do zakładu, Hideki - zabrał głos, choć dość niechętnie.

Nuś na niego spojrzał, był tak cudownie wyprany z wszelkich emocji. Byłem z siebie cholernie dumny. Az nagle przestał pokazywać, że mu ciężko, ciekawe. Przy mnie czuje się na tyle dobrze, że nie musi udawać?

- Wstawaj - wydałem polecenie.

Od razu je spełnił i spuścił głowę. Az wyciągnął do mnie rękę, więc ją uścisnąłem. Patrzył mi hardo w oczy, był przekonany o swoim zwycięstwie. Teraz tym bardziej postara się wygrać, żeby "pomścić" swojego ukochanego pieseczka, którego mu "zepsułem".

- Daj mi miesiąc - powiedział pewnie.
- Z chęcią poczekam i zobaczę rezultaty. Miesiąc na zdobycie i tresurę pieska? Jak na amatora, to brzmi nieźle - celowo go sprowokowałem.
- Amatora? W takim razie dwa tygodnie - sprostował.
- Nie dasz rady - pokręciłem przecząco głową.
- O to chodzi w zakładach, nie? - przechylił głowę na bok - Co chcesz?
- Jeśli przegrasz - wyszczerzyłem się - Odejdziesz od Satoru i zostaniesz moim kundlem.

Nawet nie próbował ukrywać, że to go przestraszyło. Dałem mu chwilę żeby się zastanowił, Hideki nieznacznie uśmiechnął się pod nosem. Czyżby podobała mu się ta wizja?

- Zgoda - odpowiedział niechętnie po chwili namysłu - Ale jeśli ty przegrasz, oddajesz wszystkie pieniądze, które wziąłeś za mnie i weźmiesz za Hidekiego, dodatkowo dostanę dwa karnety na twój tyłek.

Mają jakieś problemy finansowe? Deficyt? Mam nadzieję, że jego Pan wypłaci mi odpowiednią sumę... Jeśli nie, to będziemy musieli porozmawiać sobie w nieco innym tonie.

- Zdajesz sobie sprawę o jak duże sumy się rozchodzi? - spytałem z lekkim niedowierzaniem.
- A ty, kim jest dla mnie Satoru? - uniósł brwi.
- Dobra, zgadzam się na warunki - odparłem, stwierdzając, że szala jest mniej więcej równa - Chcesz coś jeszcze dopowiedzieć? - dodałem, wnioskując to po jego minie.
- Tak, jaki dokładnie ma być mój pies? To, że dla mnie będzie w porządku, nie znaczy, że ty również uznasz go za wytresowanego - zauważył.
- Mądre pytanie - pochwaliłem go - Niech słucha się tylko i wyłącznie ciebie, nie ma oporów przed posłuszeństwem i stań się jego jedyną chęcią do życia.
- Co dokładnie oznacza to ostatnie? - dopytał.
- Nic innego oprócz ciebie ma się dla niego nie liczyć. Nawet jeśli stanie przy wyborze wolność kontra Pan - wyjaśniłem.
- To trudne, wiesz? Nawet ja po kilku latach służby miałem czasami ochotę na ucieczkę - mruknął niechętnie.

Nie mogę pozwolić sobie na przegraną... Muszę wcisnąć mu to jakoś na siłę, bo inaczej będzie miał szansę zwyciężyć. Wystarczy, że się zgodzi. Skoro mam iść Hidekiemu na rękę pozbywając się Aza z jego środowiska, to poprze moją wersję, jakąkolwiek bym nie przedstawił. Plan "B" jest zawsze dobry, nawet jeśli oprze się na sfałszowaniu drobnych faktów.

- To dla ciebie jakiś problem? - chciałem go sprowokować.
- Tak, bo to niewykonalne - zmarszczył brwi - Przystanę na zakład, ale bez ostatniego punktu. Mogę zamiast niego na przykład nauczyć go kilku sztuczek, samookaleczenia, czy nawet profesjonalnej obsługi klientów.
- Sądzisz, że to mnie usatysfakcjonuje? - mruknąłem niezbyt zadowolony.
- Będzie tak jak mówię, albo w ogóle - warknął.
- Teraz nie pozwolę ci się wycofać - ścisnąłem mocniej jego rękę - Dla ciebie moje zasady, to chyba nic takiego, a może znowu się mylę? Przerasta cię to? - zakpiłem - Gdybyś miał jakikolwiek fach w ręku, postawiłbym poprzeczkę dużo wyżej.

No dalej, kurwa. Niech się zgodzi. Będzie mój, cały, na własność. Zastąpi mi Hiro, na długi czas. Bił się z myślami, rzucałem mu wyzwanie, któremu nie podoła. Musi się zgodzić.
Nie dawałem po sobie poznać, że zależy mi na zakładzie. Przecież ja mogę mieć każdego, za to jemu będzie ciężko bez Satoru.

- To jak będzie? - spytałem udając zniecierpliwienie i poluzowałem swój uścisk jakbym zaraz miał puścić jego rękę.

Patrzył mi prosto w oczy. Chyba zaczął mnie w tym momencie z lekka nienawidzić.


Skyge

Rozdział 65: Jak bardzo potrafię nienawidzić innych ludzi? Bardzo ~Az

Wesołych Świąt Wszystkim!

Az



Kilka sekund później przyszedł do mnie Kou. Oparł się ręką o stół i patrzył na mnie z góry z idiotycznym uśmiechem. Kiedyś z czystą przyjemnością go zajebię.

- Sorry, chciałem mocniej.
- Kutas - syknąłem.
- Sam się prosiłeś - zaśmiał się parszywie, a chwilę później siadł na przeciw mnie.
- Powinno się skończyć jak w jakimś głupim yaoi - prychnąłem - Wiesz, że się tak na siebie patrzymy i ty jednak mnie oszczędzisz, później namiętny seks i zakopujemy topór wojenny czy coś w ten deseń - uśmiechnąłem się.
- Czytasz yaoi? - zainteresował się.
- Czasami...
- A yuri?
- Nie - mruknąłem - Nie ciągnie mnie do dziewczyn.
- Nieważne. Przeszło ci już?
- Dalej napierdala jak wściekłe - westchnąłem.

Wstałem od stołu i podszedłem do lodówki. Otworzyłem zamrażalnik i wyciągnąłem z niego kostki lodu. Chwyciłem losową szmatkę i je na nią wysyłałem. Ładnie ją zawiązałem, żeby nic się nie wyspało.

- Aż tak?
- Tak.

Wróciłem na swoje miejsce i przyłożyłem lód do spuchniętego policzka. Natychmiast poczułem znaczną ulgę. Czemu on zawsze musi mnie uszkodzić? Jakby stało się na odwrót, to wypominałby mi to do końca życia, albo oddał przy okazji, przez co skończyłbym dwa razy gorzej od niego.

- Czyli co, nici z ruchania?
- Żartujesz sobie? - spojrzałem na niego jak na idiotę - Za maksymalnie piętnaście minut wracam do zabawy. Jestem przyzwyczajony do bólu, spokojnie, tygrysie - cmoknąłem i puściłem mu oczko.

Obaj roześmialiśmy się na głos, z tym, że ja musiałem udawać. Chyba w końcu poczuł się przy mnie luźno. O to właśnie chodziło. Może ten cwel przynajmniej mnie zadowoli. Jak już i tak ma mnie wyruchać, niech zrobi to porządnie. Najchętniej zabrałbym go na nockę do piwnicy, nienawidzę go.
Posiedzieliśmy jeszcze przez chwilę w kuchni, byłem zmuszony z nim rozmawiać. Na szczęście Pan postanowił sprawdzić czemu nie ma nas tak długo, jestem mu za to wybawienie niesamowicie wdzięczny.

- Mój biedny Azik - powiedział udawanym, troskliwym tonem, a później się roześmiał.
- Wiesz co ukoiłoby mój ból? - wymruczałem.
- Pewnie lody, nie? - zabawnie poruszył brwiami.
- Czytasz mi w myślach.
- Wczoraj kupiłem - zaśmiał się w uroczy sposób.
- Wepchnij mi swojego penisa do gardła, a nie się droczysz - wyszczerzyłem się.
- Uwielbiam jak jesteś taki nieprzyzwoity.
- Mam silną potrzebę, proszę, Panie, nie komplikuj tego.
- No to chodź - zsunął swoje bokserki, ukazując mi swoje cudowne przyrodzenie.
- Kocham cię - oczy zaiskrzyły mi na ten widok.

Policzek nagle przestał mnie boleć, zapomniałem o nim. W mgnieniu oka klęknąłem przed Satoru i zacząłem mu obciągać. Jak on dobrze smakuje, to się w głowie nie mieści. Mruczałem z zadowolenia, brałem go do końca, lizałem, przygryzałem, całowałem...

- Czemu on cię tak uwielbia? - zirytował się Kou.
- Chcesz, żeby ciebie też tak lubił? - zauważył Pan.
- Może nie aż tak, ale przynajmniej mógłby mnie akceptować - mruknął.
- Musisz dać też coś od siebie, a nie tylko od niego wymagasz, to działa w dwie strony. Wiesz, on nie traktuje cię ani jako równego sobie, ani jako kogoś kto może być nad nim. To ty do niego zaczynasz, więc się nie dziw.
- Niech ci będzie.

Starałem się ich nie słuchać, ale jakoś nie mogłem... w pewien sposób czułem się winny za tą sytuację.

- Jak nic nie zmienisz to nie masz co liczyć na... - zajęczał, bo mocniej się na nim zassałem - Na jego miłość i uwielbienie.
- Prędzej obaj skończymy połamani i cali w bandażach niż zaczniemy się "kochać i uwielbiać" - zakpił.
- Jak na razie to tylko Az źle kończy po waszych kłótniach i wiesz co, nie jojczy tak jak ty - zdenerwował się.
- Tylko on? Ja też wiele razy miałem siniaki.
- Chyba tylko siniaki - prychnął - Mój kotek miał już przez ciebie złamane żebro, wybity nadgarstek, cztery razy musiałem go zszywać i już nie wspomnę ile razy ciężko było mu później ruszyć się z łóżka.

Kiedy opowiadał, nawet mimo moich ogromnych starań, penis mu opadł. Musiał wyobrażać sobie te wszystkie sceny. Nie kończyłem tak że względu na to, że jestem słaby. Nie mogłem sobie pozwolić na skrzywdzenie Kou. Parę lat temu było to równoznaczne ze śmiercią, trochę później już z cholernym wpierdolem, następnie z ostrzejszym laniem i zawodzeniem oczekiwań Satoru... Lepiej dostać i nie oddać, niż później oberwać po raz drugi od własnego Pana.
Przestałem obciągać, bo to było bez sensu, skoro i tak mu nie stał.

- Panie, nie przejmuj się mną - spojrzałem w górę - Przecież wszystko ze mną dobrze - uśmiechnąłem się.
- Tak, kotku - pogłaskał mnie po głowie i pociągnął bokserki - Wszystko w porządku.

Nie wiem dlaczego ale odniosłem wrażenie, że teraz mnie okłamał. Coś ze mną nie tak? Widziałem po nim, że coś go gryzło, był tak cholernie smutny... To udziela się też mnie.

- Az, mógłbyś iść do Nao? - spytał nieodgadnionym tonem.
- Ja... Tak - spuściłem głowę.
- Coś się stało, kochanie?
- Nie, Panie - podniosłem na niego wzrok i uśmiechnąłem się najśliczniej jak potrafiłem - Będę czekał na was ze zniecierpliwieniem. Ktoś musi mnie zaspokoić - wstałem i musnąłem jego wargi swoimi.
- Nie podsłuchuj - szepnął bym tylko ja usłyszał.

Skinąłem głową i szybko opuściłem pomieszczenie. Wiem, że będą rozmawiać o mnie... Coś nie podoba się Panu... Dlaczego mi nie powie co? Chcę wiedzieć co mam w sobie zmienić.
...
Czy to może być spowodowane moją relacją z Sachim? Od tamtej pory stałem się bardziej opiekuńczy i zacząłem odczuwać lekki ból emocjonalny. Wcześniej tego nie było... Ten głupi dzieciak... Im bardziej go krzywdzę tym bardziej do mnie lgnie, a ja nie potrafię długo mu się opierać. Czemu nie zrobiłem z tym nic na początku? Dlaczego zacząłem się mu zwierzać? Dlaczego on mi zaufał, nie jestem osobą, której się ufa... A może jestem? Gdyby się mnie bał, byłoby dużo prościej... Sam to sobie zrobiłem. Ugh...
W salonie usiadłem obok Nao, ale kompletnie go ignorowałem. Jak gdyby nigdy nic, położył głowę na moich kolanach i macał mnie po klatce piersiowej.
On też przestał odczuwać przede mną respekt? Staczam się na jakieś cholerne dno... kurwa.

- Az - zaczepił mnie - Az... - mruknął - Az, Az, hej - zacisnął rękę na moim penisie - Kicuś, mrał - zachichotał - Az, Azik. Na co reagujesz? Kici, kici.
- Zamknij się, myślę - warknąłem i mocno załapałem go za gardło.

Zajęczał żałośnie, a ja cicho się zaśmiałem. Przytrzymałem go tak chwilę, do momentu, w którym naprawdę miał już dość. Odetchnął głośno, ale nie uciekł ode mnie.

- Nie rób mi tak - mruknął cicho.
- Czy ja usłyszałem coś, co jest zakazane? - uśmiechnąłem się.

Popatrzył na mnie ze strachem w oczach. Chciał mojej uwagi to ją dostał. Coś nie tak? Tego właśnie chciał, więc skąd ten strach? No dalej, prowokuj Nao. Czekam na twój błąd.

- Nie przeprosisz? - wyszczerzyłem się szerzej.
- P... Przepraszam - zadrżał.
- Nie sądzisz, że to już za późno?
- Wybacz mi, Az - spojrzał na mnie błagalnie.
- Teraz jestem Az? - zaśmiałem się - A nie będziesz mnie wołał "kici, kici"?
- Żartowałem tylko... Chciałem się z tobą pobawić.
- Oh, pobawić? - złapałem go za włosy i uniosłem na wysokość swojej twarzy - Ja się z tobą chętnie pobawię - splunąłem mu w twarz - Kurwo - zepchnąłem go na ziemię.

Usiadł przede mną na ziemi. To takie zabawne, teraz już się boi. Muszę zachowywać się tak częściej. Kopnąłem go, jak spadł, tak leżał. Wstałem i przyjrzałem mu się. Całkowicie uległe ścierwo. Głupi śmieć. Naszła mnie ochota na papierosa. Przyłożyłem nogę do jego klatki piersiowej i odwróciłem go na plecy, po czym przygniotłem go do ziemi. Cicho zajęczał i złapał rękami za moją łydkę. Za karę nacisnąłem na niego jeszcze mocniej.

- Nie mogę... oddychać - pisnął z trudem - Az... proszę.
- No co ty? - zaśmiałem się radośnie - Mi się podoba - pochyliłem się nad nim i złapałem go za obrożę.
- Az! - jęknął przerażony.
- Stul pysk - warknąłem.

Jestem zazdrosny. On ma co chwilę nowe obroże, a ja tyle czasu musiałem chodzić w jednej. Odpiąłem klamrę od jego i pociągnąłem za jej końcówkę. Obroża mocno zacisnęła się na jego szyli. Zaczął się szarpać, próbował mnie z siebie zrzucić, ale na marne. Patrzyłem z politowaniem na jego łzy. Czułem się zajebiście. Zero poczucia winy czy empatii, tego nie było. Po prostu nie było! Nie jest ze mną jeszcze tak źle! Poluzowałem na chwilę obrożę, żeby mógł złapać oddech, a następnie ponownie ją zacisnąłem. Tym razem już nie próbował walczyć. To dobrze, ogarnął swoje miejsce. Jak widać, czasami będę zmuszony mu je przypominać. Nie ma lekko.
Zszedłem z niego, ale nie zamierzałem przestać go męczyć.

- Jesteś chujowy - mruknąłem siadając obok niego, puściłem jego obrożę.
- Tak, Az - sapnął i spojrzał w moją stronę.
- W dalszym ciągu mogę cię zajebać. Uważaj sobie.
- C... Co...? - wyjąkał.
- Jak to "co"? - zaśmiałem się - Sądziłeś, że skoro jesteś tu tak długo to zasada śmierci cię nie dotyczy? Żałosne.
- Ale...
- Masz jeszcze jakieś "ale"? Cudownie.

Chyba w tym momencie odpalił mi się instynkt sadysty. Nao przełknął głośno ślinę i zaczął szybciej oddychać. Czekał aż coś do niego powiem, idiota.

- Nigdy cię nie lubiłem, wiesz? - oparłem głowę na ręce - Zawsze byłeś taki... biedny i poszkodowany - przesunąłem palcami po jego klatce piersiowej - To mnie strasznie wkurwia.

Albo nie wiedział co powiedzieć, albo za bardzo się bał. Nie szkodzi, lepiej dla mnie. Im więcej zabawy, tym staję się szczęśliwszy.

- Boisz się mnie? - spytałem chcąc usłyszeć potwierdzenie.
- Tak - szepnął cicho.
- Nie widać po tobie na co dzień, skąd mam wiedzieć, że teraz nie kłamiesz? Nienawidzę kłamstwa.
- Nie kłamię - jęknął - Przysięgam!
- Jeszcze podnosisz głos - przyciągnął go do siebie za obrożę, siadł przede mną i się rozpłakał - Ty się uważasz za psa? - miałem spokojny ton głosu.

Podświadomie chciałem być taki jak Satoru, on zawsze jest opanowany. To trudne, ale powoli się uczę.

- Az, błagam, nie bądź taki - pisnął przez łzy.
- Chcesz mi rozkazywać? - uniosłem brwi - Ty?
- Nie, nie, Az, błagam cię.
- Kurczę, no i co ja teraz mam zrobić? - zaśmiałem się cicho - Z takim ohydnym kundlem jak ty - warknąłem - Masz czelność łamać tyle zasad na raz, co ja BIEDNY teraz z tobą zrobię? - spojrzałem w górę, udając, że się zastanawiam - Przez tyle czasu niczego się nie nauczyłeś. Nie jesteś potrzebny, tylko wkurwiasz.
- To nieprawda!
- Zarzucasz mi kłamstwo? - spojrzałem w jego przerażone oczy.
- Nie!
- Kompletnie nie potrafisz się zachowywać. Żałuję, że od razu cię nie wyjebałem. Ktoś inny lepiej sprawdziłby się na twoim miejscu.
- Pan mnie kocha, nie możesz! - próbował się bronić czym tylko miał.
- On nie kocha nawet mnie - chwyciłem go za podbródek, zacisnął powieki - Ja mogę wszystko na co zgodzi się Pan - wyjaśniłem - Chcesz mnie pocałować? - spytałem z ciekawości.

Nie odpowiedział. Głupi pies, pewnie musi się jeszcze zastanowić nad właściwą odpowiedzią. Po chwili jednak skinął twierdząco głową. Potrzebował jeszcze kilku dodatkowych sekund, żeby się przemóc i się do mnie przykleić. Tym razem się starał, ale tylko dlatego, że bardzo się bał. Kiedy miałem dość, odepchnąłem go od siebie i wstałem. Też chciał, ale go zepchnąłem z powrotem na ziemię. Podczas gdy grzecznie na niej siedział, poszedłem do swojego pokoju. Założyłem na siebie szlafrok i wziąłem ze sobą paczkę papierosów i zapalniczkę. Kiedy wracałem akurat Kou z Satoru zdążyli wrócić.

- Idę zapalić, ktoś, coś? - spytałem, przechodząc obok nich.
- Jak częstujesz to chętnie - uśmiechnął się Kou.

Jest jakiś za miły... Niech będzie. Nao dalej siedział w tym samym miejscu ze spuszczoną głową. Bardzo mu tak dobrze. Nie wstanie, dopóki mu nie pozwolę.
Satoru też poszedł, a z racji, że był w samych bokserkach, musiałem podzielić się z nim szlafrokiem. Kiedy byliśmy już na zewnątrz i zaciągnąłem się dymem... poczułem jak wszystkie negatywne emocje mnie opuszczają. Chciałbym podziękować temu genialnemu człowiekowi, który wymyślił takie cudo jak papierosy. Wypuściłem dym ustami i nosem, jedno z najwspanialszych uczuć na świecie. Kou stał obok mnie i wiele się nie odzywał, więc złapałem go za tyłek i uśmiechnąłem się nonszalancko.

- Dziewica? - spytałem zadowolony.
- Co ci do tego? - mruknął nieskory do odpowiedzi.
- Chcę wiedzieć jak się z tobą obchodzić.
- I tak będzie bolało, więc co za różnica? - prychnął i się zaciągnął.
- Czyli dziewica - zaśmiałem się.
- Skąd możesz to wiedzieć? - bardziej warknął niż powiedział.
- Bo anal nie boli, jest bardzo przyjemny - wymruczałem - Ale bym się nabił na jakiegoś nabrzmiałego chuja - otarłem się o Pana.
- Też mam dziewiczy tyłek - uśmiechnął się Satoru - Nie wstydzę się tego.
- Powinieneś kiedyś spróbować - pocałowałem go krótko - Jestem cały czas do dyspozycji.
- Gwałtom dziękujemy - zaśmiał się.
- Znam się na delikatnej penetracji jak nikt inny - wymruczałem - Jeszcze być prosił o więcej.
- Chciałbyś zobaczyć mnie na dole? - zainteresował się.
- Czemu nie? Jak się bawić, to bawić - wzruszyłem ramionami - Ja chcę wszystkiego spróbować.
- Ty już chyba za dużo próbowałeś - zauważył.
- Ale jeszcze jest tyle rzeczy, nooo... Na przykład jeszcze nigdy nie próbowałem heroiny, ani nie ruchałem się z dziewczyną, ani nie skoczyłem ze spadochronem i nie siedziałem w więzieniu, ani nie miałem własnego psa...
- Dobra, dobra - mruknął Pan - Kiedyś część się spełni, ale z tym więzieniem to nie przeginaj.
- Wiesz, że kiedyś miałem mokry sen o tym, że byłem cwelem więziennym... to było takie cudowne.
- Zorganizuję ci gang bang i spełnisz swoje sny. Ile chcesz dużych kutasów? Siedem? Osiem? - wyszczerzył się.
- Ty mi wystarczasz, Panie. Nie chcę dawać nikomu innemu, to był tylko sen... - zaśmiałem się nerwowo.
- Zimno mi się zrobiło - powiedział Satoru i wyrzucił niedopalonego papierosa w trawę.
- Przytul się do mnie bardziej.
- Yhm... - przywarł do mnie i oplótł mnie rękami w talii, a szlafrok spadł na ziemię - Kurwa - syknął cicho.
- Wracamy? - bardziej stwierdziłem niż spytałem, po czym wyrzuciłem papierosa.
- Na to wychodzi - poparł Kou i poszedł w moje ślady.

Podniosłem szlafrok z ziemi i wróciliśmy z powrotem do domu. Co najlepsze, Nao pozostał na swoim miejscu. Debil. Podszedłem do niego i schyliłem się by zejść do jego poziomu. To tak pięknie brzmiało w mojej głowie.

- Kici, kici - zaśmiałem mu się w twarz.
- Słucham, Az... - zadrżał.
- Słuchasz, teraz słuchasz? - prychnąłem z ironią.

Spuścił głowę, był bliski płaczu, ale widocznie nie chciał tego robić przy wszystkich.

- Otwórz mordkę - rozkazałem.

Posłusznie wykonał polecenie. Będzie zabawnie! Wyciągnąłem swojego penisa i włożyłem mu go do ust. Zaczął mi obciągać, przez chwilę na to pozwalałem... Później złapałem go za włosy i uraczyłem go odrobiną swojego moczu. Otworzył szerzej oczy i chciał ode mnie uciec. Nie mogłem na to pozwolić.

- Połknij.

Zaczął jęczeć i się szarpać. Co za idiota... Teraz mu nie odpuszczę. Niech nawet nie marzy. Zatkałem mu palcami nos i spokojnie czekałem. Miał szczęście, że nie próbował się ratować rękami. W końcu nie miał wyjścia i połknął wszystko co miał w ustach. Pan przyglądał mi się z zainteresowaniem. Chyba podobała mu się moja postawa.

- Chcesz jeszcze? - puściłem go i przyglądałem mu się.

Pokręcił przecząco głową i zaczął wycierać język rękami. To ma znaczyć "tak"? Uśmiechnąłem się, a gdy spojrzał w górę, zamarł. Wtedy zacząłem się śmiać, to był ten sadystyczny śmiech.

- Az, boże, kocham cię kiedy masz tą minę - odezwał się Pan - Wyglądasz jak naćpany, niewyżyty morderca - wymruczał, a w jego oczach dostrzegłem pożądanie.
- Nie ćpałem od wczoraj! - pochwaliłem się.
- Ale ja nic ci nie dawałem... - mruknął, po czym na chwilę się zamyślił.
- Ugh... - odwróciłem wzrok - To nie było nic ciężkiego, znajomy mnie poczęstował...
- Co ci dał? I który? - mina już całkowicie mu zrzedła.
- LSD - delikatnie się uśmiechnąłem - Chłopak Nao.
- Dużo rzeczy ja jeszcze nie wiem? - oburzył się.

Spojrzałem w dół, Nao patrzył w stronę Satoru z głupim uśmiechem mówiącym - "proszę, wybacz". Zrobiło się ciut niezręcznie... Podciągnąłem bokserki i usiadłem na ziemi obok blondyna.

- Myślałem, że wiesz... - zacząłem.
- Pytam, co jeszcze macie mi do powiedzenia? - przerwał mi niezadowolony.

Z Nao popatrzyliśmy po sobie. Teraz żadnemu nie było do śmiechu... Ja nie mam nic do ukrycia, ale on trochę ma... Nie wydam go. Jeśli sam powie co skrywa to niech tak będzie, ale ja nie pisnę ani słowa.

- Możesz przejrzeć wszystkie moje rzeczy, Panie - odezwałem się pierwszy - Zapytaj mnie o co chcesz. To był jednorazowy incydent... Naprawdę przepraszam, nie pomyślałem nawet, że cię to zainteresuje, Panie - spojrzałem na niego błagalnie.
- Tobie wierzę, Az - powiedział jakby od niechcenia - Chodzi o Nao. Nie chcę mieć przez niego problemów.
- Nie jestem z Ryu specjalnie długo, chciałem ci powiedzieć dopiero jakbym był całkowicie pewien swojego wyboru... - próbował tłumaczyć, przez cały czas miał spuszczoną głowę - Przepraszam... Panie.
- Ile jesteście razem?
- Trochę ponad tydzień... Az mnie z nim poznał na jednej z imprez. Tak jakoś wyszło...
- I jesteś z siebie dumny? - westchnął/
- Nie, Panie...

Było mu bardzo przykro...
Ale mi nie! Oczywistym jest, że wykorzystałem okazję, że to Nao dostaje opierdol i przykleiłem się do Satoru. Zacząłem się o niego ocierać i przymilać się, podrzucałem mu ucho pomysły jak ukarać tego psa. Ww pewnym momencie położył rękę na moim policzku, wtuliłem się w nią i zamruczałem.

- Skorzystam z propozycji - wymruczał - Teraz Kou na ciebie czeka.
- Tak, Panie.

Podszedłem na czworaka do Kou i pomogłem mu się rozebrać. Jak mi się chciało jebać! Szybko pobudziłem jego penisa i nadstawiłem tyłek. Wejdź we mnie, wejdź we mnie, no wejdź! Błagam!
Rozciągał mnie zbyt wolno! Nie mogłem się powstrzymać, więc sięgnąłem w tył i sam zacząłem dokładać palce.
O tak... Mmmm...
Jak dobrze...
Nadeszła chwila, na którą tak długo czekałem... Wbił się we mnie jednym, szybkim ruchem. Cicho pisnąłem, ale to było wszystko. Siedział we mnie po same jaja, ale to mnie nie satysfakcjonowało. Chciałem go głębiej, chciałem, żeby był grubszy. Więcej, ja chce dużo więcej. Proszę, daj mi czego chcę! Sam przyśpieszałem, ale to nie było to. Trzymał mnie dość mocno, ale nadal za lekko.

- Mocniej - powtarzałem co chwilę.

Inny niż Pan, seks z nim nie był taki jak lubię. Nie był dla mnie stanowczy, sam musiałem mu mówić co ma robić. Ciulowy w łóżku. Potrzebuję prawdziwego władcy, a nie jakiejś cioty!
Przetrwałem z nim, poczekałem aż dojdzie i zacząłem zaczepiać Pana. On dużo ostrzej zabawiał się z Nao. Chciałem się z nim zamienić. Już chuj z tym, że miałem wyruchać Kou! To bez znaczenia. Potrzebuję zaspokoić swoje potrzeby! Już, teraz, natychmiast! Mogę odpuścić upokorzenia i bólu temu pajacowi! Chcę tylko Pana i jego penisa. Muszę dojść z nim w środku!

- Panie, wsadź mi - mruczałem - Jestem taki mokry i gorący. Pragnę cię, proszę.
- Az - warknął - Robię coś, nie widzisz? - mimowolnie zerkał w moją stronę.
- Chcę wić się pod tobą jak Nao. Nie wolisz mnie? - nadstawiłem mu się - Wejdź we mnie, błagam.

Wyjrzałem na niego przez ramię i westchnąłem na jego widok. Pełen pożądania patrzył się na moją dziurkę, a po chwili nie wytrzymał i wszedł we mnie bardzo szybko i mocno. Tak! To wypełnienie jest idealne! Jak dobrze! Przyzwyczaiłem się tak bardzo do jego wielkości i kształtu... Tylko on potrafi mnie zaspokoić. Zostawił Nao, żeby kochać się ze mną!

- Tak! Więcej! Mhmm!
- Weź może troszkę ciszej, bo Kou poczuje się skrępowany - szepnął mi do ucha.
- Tak, Panie - wyszczerzyłem się.

Wedle zaleceń starałem się być ciszej. Pragnąłem Satoru tak bardzo... Przy wszystkich pokazał jaki jest dla mnie dobry. Kocham go, tak bardzo... Przygniótł mnie ręką do kanapy, skutecznie mnie unieruchamiając. Nawet nie próbowałem się sprzeciwiać, choć bardzo lubię kiedy musi trzymać mnie jednej pozycji na siłę. Schowałem głowę w ramionach i jęczałem jak szmata. Złapał mnie za włosy, zmuszając do uniesienia głowy. Zacząłem się śmiać, było mi tak cudownie, byłem taki szczęśliwy.

- Jesteś pojebany - szepnął mi do ucha.
- Oh, naprawdę? Mogę być jeszcze bardziej.
- Wiem - pocałował mnie w szyję - Bądź - przygryzł delikatną skórę na niej.

Pchnąłem biodra w tył, mocniej się na niego nabijając, jednocześnie musiał się trochę od mnie odsunąć. Podniosłem się i namiętnie go pocałowałem. Zacząłem sobie trzepać. Już za raz... Oh, tak... Jeszcze odrobinę... Podnosiłem się i opadałem, Satoru poruszał się przeciwnie do mnie, więc tempo mieliśmy całkiem niezłe. Oparłem się o jego tors... Siedzieliśmy na samym kraju kanapy, w skutek czego oboje z niej spadliśmy. Zamortyzował mój upadek własnym ciałem, nie miał właściwie innego wyjścia. Ja podczas tego zdążyłem trysnąć, on doszedł we mnie. Jego sperma tak cudownie rozlała się w moim wnętrzu, było jej tak dużo... Szybko z niego zszedłem i się roześmiałem. On po chwili usiadł na ziemi i przetarł prawdopodobnie bolące go miejsca.

- Przepraszam - powiedziałem radośnie.
- Jak ja cię nie znoszę - udzielił mu się mój humor i też zaczął się śmiać - Jesteś okropny - nie mógł zachować powagi - Wpierdolę ci za to, zobaczysz - próbował mi grozić, ale mu nie wyszło.

Już chwilę czasu nie widziałem go tak zadowolonego. Chyba częściej powinienem powodować takie akcje.

- Bardzo cię kocham - powiedziałem odważnie patrząc mu w oczy.
- Az... - mina nieco mu zrzedła.

Zrobiło mi się chłodniej... Chyba też przykro, sam nie wiem. Spojrzałem w ziemię, a gdy się nie spodziewałem zbliżył się do mnie i pocałował. Oddawałem równie delikatnie jak on to robił.

- To nie jest takie proste - szepnął - Wybacz mi.

On mnie przeprasza...? Za co? Mnie się nie przeprasza. Pan nie popełnia błędów... nigdy. Dlaczego on próbuje mi powiedzieć, że jest inaczej? Wszystko co robi i mówi jest słuszne, nie myli się.

- Chciałbym odwzajemnić twoje uczucia - złapał mnie za rękę i przyłożył do swojej klatki piersiowej - Ale jeszcze nie wiem dla kogo ono bije - uśmiechnął się.
- Rozumiem... - patrzyłem mu prosto w oczy.
- Wybaczysz mi?
- To ja powinienem cię prosić o wybaczenie, czuję coś czego nie powinienem.
- W porządku, nie robisz nic złego - pogłaskał mnie po policzku - Jesteś przybity, uśmiechnij się.
- Tak, Panie - odpowiedziałem krótką formułką i wykonałem polecenie.
- Od razu lepiej.

Odepchnął mnie od siebie i wstał. Trzeba się uśmiechać, żeby być grzecznym. Nie wolno mi się nad sobą użalać, nie jestem słaby. Nienawidzę ludzi, którzy się nad sobą użalają, więc sam taki nie będę.

- Teraz chyba twoja kolej - spojrzał na Kou.
- Ehh... - zakłopotał się.
- No dalej - przechylił głowę na bok - Krwi może nie będzie - zaśmiał się.
- Krwi? - wyraźnie się przestraszył.
- Jeśli Az postanowi być dla ciebie brutalny, to chyba oczywiste, nie?
- Miało być przyjemnie... - odwrócił wzrok.
- Średnio mi się chce - mruknąłem, wszyscy popatrzyli się na mnie z niedowierzaniem - Troszczyć się o twoją wygodę, wyczerpałem na dzisiaj swoje pokłady delikatności - dokończyłem.
- Ja dla ciebie byłem... - spojrzał na mnie jakoś tak błagalnie...
- No i? - wzruszyłem ramionami - Niepotrzebnie, nie lubię długiego seksu z takimi kurwami, jak ty.

Wstałem i się przeciągnąłem. Sperma ze mnie wypłynęła... Nie szkodzi.
Teraz mogę się bawić w Pana. Koniec z uległością. Podszedłem do niego i usiadłem mu na kolanach.

- Może na sucho? - szepnąłem.
- Nie ma takiej opcji - warknął.
- Teraz ja jestem na górze, powinieneś prosić. Więc proś - nacisnąłem.

Nie dostałem odzewu z jego strony... Mam go złamać? Niech będzie. To ja tu jestem silniejszy.
Wstałem i stanąłem obok niego. Niby czule położyłem rękę na jego policzku, przesunąłem ją na tył jego szyi... i mocno pociągnąłem go do przodu. Zaskoczony, nie mógł mi się oprzeć, słodko.

- Od razu tak ładnie prezentujesz swoją dupę? - zaśmiałem się.
- Spierdalaj - syknął i wstał.
- Co? Powtórz, bo chyba źle usłyszałem - zrobiłem krok w jego stronę.

Przytłaczała go moja pewność siebie. Nie mógł mi nic zrobić, bo nie byliśmy sami. Zasady to zasady.

- Słucham - pogłaskałem go po nagim torsie.
- Nieważne - mruknął.
- Nieważne? - zaśmiałem się - A wiesz co jest ważne, cwelu?
- Wypluj to - zagotowało się w nim.
- Chciałbyś, nie pluję na ścierwo twojego pokroju - wyszczerzyłem się.
- Satoru zrób mu coś - spojrzał w jego stronę.
- Sam sobie nie radzisz? - prychnął - Poza tym to teraz ty masz się słuchać jego - wyjaśnił z zawadiackim uśmiechem.
- Boisz się mnie? - przyjrzałem mu się - A wcześniej nie miałeś skrupułów przed daniem mi w twarz, ciekawe, nie?
- Ja pierdolę, nie patrz się tak na mnie - odwrócił wzrok.
- Wolisz mój sadystyczny uśmiech numer jeden czy numer dwa? - zakpiłem - Jesteś... chujowy - mruknąłem z lekkim obrzydzeniem.
- Słucham?
- Za dużo mówisz - zrobiłem krok w jego stronę, więc się cofnął - Wiesz czym lubię zatykać usta cwelom?
- Pewnie swoim kutasem.
- To było pytanie retoryczne - chwyciłem za jego jądra - Najlepiej się zamknij, oszczędzaj gardło - pociągnąłem go za nie do góry, musiał stanąć na palcach - Nie opłaca ci się ze mną rozmawiać, lepiej siedź cicho.

Warknął coś niewyraźnie pod nosem. Wyrwałbym mu jaja, miałem na to ogromną ochotę... To już niestety zbyt brutalne, a szkoda. Duma by mnie rozpierała.

- Nie podniecam się na widok twojego krzywego ryja - westchnąłem zdegustowany - Potrafisz dobrze obciągać? - nacisnąłem na drugie słowo.

Nie odezwał się, czyli coś dotarło. Bardzo dobrze. Puściłem go, a on przede mną z trudem klęknął. Pięknym było kiedy się zmuszał do czegoś czego nie chciał. Patrzył na mojego penisa z lekkim strachem. Wiem, że mam się czym pochwalić, ale nie trzeba się go bać. Przez najbliższe chwile będzie z nim bardzo blisko, niech się przyzwyczai.

- Zmieścisz całego, prawda? - przystawiłem mu go do ust - Prawda? - powtórzyłem już mniej przyjemnym tonem.

Pokręcił przecząco głową. Jaka szkoda, a mogło być tak miło.

- Co za odwaga, właśnie łamiesz jedną z najważniejszych zasad - zauważyłem - Jeśli coś każę, rozkaz ma zostać wykonany. Wiesz czego oczekuję? Bierz się do roboty.

Byłem z siebie dumny, czułem się genialnie z tym, że w końcu to on słuchał się mnie. Raz może poczuć co to uległość. Nie jestem dla niego ostry, ale też nie traktuję go pobłażliwie. Otworzył usta i wziął mojego penisa do ust. Miał problemy kiedy wchodziłem dalej niż połowę... To nic, poradzę sobie. Wepchnąłem mu go głębiej na siłę. Zabawnie się krztusił. Obawiałem się jedynie, że może zwymiotować.
Pan kiedyś troszkę przesadził i zwróciłem kolację... Na szczęście było to w piwnicy, a nie w łóżku. To było już tak dawno... czuję się stary.

- Az, troszkę ostrożniej - upomniał mnie Satoru.
- Przecież Kou jest grzeczny - zaśmiałem się perfidnie, patrząc prosto w oczy swojej ofiary - Podoba ci się zabawa ze mną, cwelu?

Kiwnął twierdząco głową. Jestem pewien, że skłamał. Nie mógł nic powiedzieć, bo miał mojego przyjaciela w ustach. Udało mi się włożyć mu całego, to mnie usatysfakcjonowało.

- Wsadzę ci go całego w dupę, wyobraź to sobie. Czysta przyjemność - wymruczałem - Wypnij się i czekaj aż się tobą zajmę.

Wykonał polecenie. Dostał ode mnie mocnego klapsa, na zachętę oczywiście. Naprawę bawiła mnie cała sytuacja. Odszedłem od niego kilka kroków i obejrzałem dokładnie swoje dzieło. Potulny baranek. Usiadłem obok Satoru, żeby się upewnić co do jednej rzeczy...

- Jestem z siebie dumny - zwróciłem się do Pana.
- Zauważyłem, to twój żywioł.
- Rozciągnąć go? - doradziłem się.
- Tak, niech nie ma bardzo traumatycznego pierwszego razu.
- Odezwał się spec od najlepszych pierwszych razów - mruknąłem.
- Ej, ja sam nie wiedziałem wtedy, jak się za to zabrać. Poza tym kiedyś musiałem cię rozdziewiczyć.
- Dalej pamiętam tamten gwałt ze szczegółami - zmrurzyłem oczy.
- A ja to, co stało się niedługo po nim - powiedział smutno.
- Nie przypominaj - westchnąłem.

Przez chwilę wypominałem sobie swoją głupią, pochopną decyzję, przez którą mogło mnie dzisiaj tu nie być... Nigdy więcej.

- Dziękuję, że nie pozwoliłeś mi się zabić...
- Kou się niecierpliwi - uciekł od tematu.
- Doceniam to, co wtedy dla mnie zrobiłeś - szepnąłem i wstałem.

Wziąłem lubrykant do ręki i usiadłem za Kou. To trochę potrawa. Wylałem przeźroczystą ciecz na jego wejście. Nacisnąłem jednym palcem na jego dziurkę i wsunąłem go do środka.
Wow... dawno nie czułem nikogo tak ciasnego. Całkiem przyjemne uczucie. Delikatnie dodałem drugi, a Kou zaczął jęczeć i stękać i chuj wie co jeszcze. W jego wykonaniu wydawało mi się być to co najmniej żenujące, ale to może dlatego, że go nie lubię.

- Spróbuj kontrolować zwieracz - rozkazałem beznamiętnym tonem - Pilnuj tego kiedy się zaciskasz i staraj się tego nie robić.

Zauważyłem drobną różnicę, ale bez rewelacji. Nie dostałem od niego żadnej odpowiedzi...
Zakazałem mu się odzywać, to wszystko tłumaczy.

- Mów do mnie. Mogę dodać trzeci? - spytałem nieco znużony.
- Nie wiem - sapnął.
- Tak albo nie - warknąłem.
- Tak - odpowiedział szybko.

Jestem w stu procentach pewien, że chciał powiedzieć "nie", ale wiedział, że nie może. Pięknym jest wywierać na nim presję. Wedle jego życzenia dołożyłem trzeci palec. Jak ten debil się zaciskał było czystą poezją. Tak mnie to, kurwa, cieszyło, że zacząłem się chichrać. Dzięki czemu on czuł jeszcze większe zakłopotanie i wstyd.

- Kazałem ci do mnie mówić - dałem mu klapsa.
- Przed chwilą... nie chciałeś...
- Ale TERAZ chcę - zaznaczyłem.

Spokojnie, on jest pierwszy raz w takiej sytuacji. Muszę się kontrolować. Nerwy na wodzy, jeśli nie odjebie nic głupiego...

- Pierdol się - warknął.

Skoro tak stawia sprawę. Wyciągnąłem swoje palce i złapałem go drugą ręką w pasie, żeby przypadkiem nie próbował mi uciekać. Przyłożyłem penisa do jego otworu i na siłę wcisnąłem się do środka. Niech się cieszy, że w ogóle miał jakiś poślizg. Nie wszedłem go końca, bo nie dałem rady, brakowało kilku centymetrów. Chciał mi spierdolić, ale mu nie pozwoliłem. Spodziewałem się krzyku, a ku mojemu rozczarowaniu nie wydał z siebie dźwięku. Zbyt duży szok?

- Pierdolę się - szepnąłem mu do ucha - Widzisz jaki jestem grzeczny? Ty nie jesteś - czekałem przez chwilę na jego odpowiedź, ale nie nadeszła - Nic nie powiesz? Znowu się nie słuchasz... Chcesz żeby zrobiło mi się przykro?

Na niego nie zadziałają te gierki... Nie jest do mnie w żaden sposób przywiązany. Gdyby Pan powiedział tak do mnie, zrobiłbym wszystko, żeby tylko go uszczęśliwić. Nie ruszałem się w jego wnętrzu, niech ma nikłą nadzieję na cokolwiek. Zabrałem rękę spod jego brzucha i obiema złapałem go za biodra. Pan wstał i do mnie podszedł, spojrzałem w górę i stwierdziłem, że nie popełniłem żadnego błędu. Nachylił się, był milimetry od mojej twarzy, niemal stykaliśmy się nosami.

- Jesteś uroczy - powiedział niższym, ściszonym tonem - On płacze - pogłaskał mnie po policzku - Spisałeś się, zachowuj się, tak jak teraz, jak wcześniej z Nao, a już zawsze będę dumny.
- Tak, Panie - patrzyłem w niego jak w obrazek.
- Nie opierdalaj się tak - zaśmiał się cicho - Zrób co do ciebie należy.

Wrócił na swoje miejsce, a ja myślałem, że wybuchnę ze szczęścia. Musiałem się jednak opanować, zamierzam go długo męczyć. Wyszedłem z niego prawie do końca, nie zwracałem uwagi na marne jęki wychodzące z jego ust. Tarcie jednak było obecne, ale to żaden problem, dla mnie. Wbiłem się, tym razem szybciej, tak daleko jak dałem radę i znów wyszedłem. Kompletnie przestało mnie obchodzić, że Kou coś czuje. Nie zwracałem na to najmniejszej uwagi. To bez różnicy, czy coś go boli, czy nie. Mi ma być przyjemnie. Poczułem ulgę, znów mogę być sobą, bawić się tak, jak lubię. Jestem beztroskim pieskiem, który wie czego chce: zadowolonego Pan.

- Przestań - wyjęczał.

Zignorowałem go. Poruszałem się, jeszcze powoli, bo nigdzie mi się nie śpieszyło. Próbował prosić, błagać, nawet na siłę się uwalniać, ale nic nie robiło na mnie wrażenia. Widziałem takie rzeczy już wiele razy, nic mnie nie zaskoczy. Przyśpieszyłem tempa, a on zaczął się pode mną wić, choć chyba nie z przyjemności. Przymknąłem oczy i oddałem się rozkoszy. W zależności od potrzeb, poruszałem się wolniej lub szybciej. Zmarszczyłem brwi, kiedy się na mnie zacisnął, robił to dość mocno. Tak dokładnie oplatał mojego penisa z każdej strony... Tarcie stało się dużo wyraźniejsze... Ja pierdolę, ale odlot. Jak tak dalej pójdzie to zaraz dojdę.
"Potraktuj to jako kolejną lekcję, nie poddawaj się tak łatwo", to zawsze powtarza Satoru, kiedy średnio sobie z czymś radzę.
Przysięgam sobie, że nie spuszczę się wcześniej niż za co najmniej piętnaście minut. Pochyliłem się nad Kou i przytuliłem się do niego. Wiem, że to chore, ale inaczej nie mogłem - zatopiłem zęby w jego ramieniu i z racji, że nie mogłem się powstrzymywać, znacznie przyśpieszyłem. Wchodziłem już po jaja bez większych problemów. Było mi cholernie duszno i gorąco. Liczę się tylko ja. Jestem najważniejszy. Tak mokro... tak ciepło... tak dobrze. Wszyscy mnie kochają i szanują, bo potrafię się zachować. Pan jest zadowolony. Mój penis cudownie zatopiony w dupie wroga. Więcej, mocniej, tak... dobrze. Teraz dobrze. Szumiło mi w głowie, czułem pulsowanie krwi, chciałem dojść. Już. Tak ogromne ciśnienie w podbrzuszu nie dawało mi spokoju. Nie słyszałem prawie nic poza swoim tętnem i szybkim oddechem. Gdzieś w oddali jedyne przeszło mi przez uszy moje imię. Pan go użył, wiem, że to on. Najprzyjemniejszy głos. Jedyny taki... Kilka sekund później pociemniało mi przed oczami, trysnąłem głęboko w jego wnętrzu. Gorąca ciecz, tak długo czekająca na moje pozwolenie by się uwolnić. Cicho zamruczałem i opadłem zmęczony na swoją ofiarę. Oddychałem głęboko, musiałem się dotlenić. Byłem całkowicie wyczerpany... prysznic i spać.
Zwlokłem się z niego i zauważyłem, że mam krew w okolicach krocza i trochę na udach... O kurwa. Ja tego nie chciałem. Zamierzałem dać mu w kość, ale nie aż tak bardzo.

- Muszę iść się umyć - mruknąłem niezadowolony i wstałem - Ty też powinieneś - trąciłem Kou nogą - Jakby co to już jesteś "wolny" - obwieściłem, żeby uniknąć niedomówień.
- Pierdolę, nie wstaję - wyjęczał z trudem.
- Panie, która godzina? - zignorowałem go.
- Dziesiąta - powiedział po spojrzeniu na wyświetlacz telefonu.
- Idzie się ktoś ze mną pod prysznic? - spojrzałem po nich.
- Yhm - podszedł do mnie Pan.
- Chcesz się jeszcze ruchać? - spytałem z ciekawości zmierzając w stronę łazienki.
- Raczej nie, chyba, że ty chcesz.
- Nie mam siły - przyznałem.
- Wyglądasz teraz trochę jak rzeźnik - zaśmiał się.
- Troszkę - przyznałem.

Otworzyłem przed nim drzwi i wpuściłem go pierwszego. Zapalił światło i odwrócił się w moją stronę. Jest idealny w każdym calu. Mógłbym oglądać go nagiego przez cały dzień.

- Nie przejmujesz się Kou? - spytał z uroczym uśmiechem.
- Hm? A, nie - zaśmiałem się - Tylko trochę się przestraszyłem krwi - wyjaśniłem.
- Co chwilę powtarzał, że nie może wytrzymać i chyba krwawi - przechylił głowę na bok - Mogłeś się spodziewać podobnego widoku.
- Miałem go kompletnie gdzieś, nie słyszałem, żeby mówił coś podobnego - mruknąłem.
- Jak to "nie słyszałeś"? - pociągnął temat dalej.
- Przestałem się kontrolować, zasłużył - odpowiedziałem zgodnie z własnymi przekonaniami.

Minąłem go i odkręciłem wodę pod prysznicem. W między czasie zobaczyłem się w lusterku... dobrze nie wyglądałem. Satoru trafienie zauważył - "jak rzeźnik". Brakuje mi jeszcze takiego fajnego fartuszka.

- Panie, myślałeś kiedyś nad tym nad tym, żeby się nas pozbyć i żyć "normalnie"?
- Słucham? Ja nigdy nie... Jesteś wszystkim co mam, nigdy tak nie mów - lekko się zirytował.
- Chyba chciałeś powiedzieć "jesteście"... - zauważyłem.
- Ty jesteś od nich lepszy - wyznał - To tak jakbym miał tylko ciebie.
- Chciałbym, żeby tak było - mruknąłem sam do siebie.
- Naprawdę? - chyba go zaskoczyłem - Myślałem, że się z nimi lubisz - objął mnie od tyłu w pasie.
- Niby tak... - westchnąłem - Ale skoro nie mogę być z nikim blisko, to bez sensu.
- Nie wiem co mam myśleć... - powiedział nieco naburmuszonym tonem.
- Powiedzmy szczerze, że Nao jest... - szukałem przez moment odpowiedniego słowa - Dość nędzny, a jego zachowanie momentami karygodne.
- A ja specjalnie trzymam go tyle czasu dla ciebie. Hideki jest słodki i ogólnie taki typowy szczeniaczek, więc mam go bardziej z myślą o sobie.
- To jest, kurwa, jakieś jedno, wielkie nieporozumienie - odwróciłem się w jego stronę.
- Dużo czasu z nim spędzałeś, nadal spędzasz, więc co miałem sobie pomyśleć?
- Że wykonuję rozkazy, na przykład. Albo, że staram się odciążyć cię z obowiązków. Wybierz sobie którąś wersję - mruknąłem z rezygnacją.
- Czyli co ja mam, twoim zdaniem, zrobić z Nao? - spytał wyjątkowo przenikliwym tonem.
- Nie mam własnego zdania, ale na twoim miejscu kazałbym sobie to przemyśleć i samemu też się na coś zdecydować.
- Jeśli ja wydam werdykt, to nie będziesz miał już nic do gadania.
- Wiem, chodziło mi bardziej o wypadek, w którym moja decyzja ci się nie spodoba.
- Niech będzie - uśmiechnął się zadowolony.

Wyszedłem pod strumień ciepłej wody. Byłem usatysfakcjonowany z umiejętnie przeprowadzonej rozmowy i z tego, że mogę zrobić co zechcę z Nao. Nawet zakopać go żywcem w ogródku.
Zacząłem się powoli myć, Pan dołączył do mnie chwilę później. Skończyło się na całowaniu i macaniu się nawzajem. Cieplutko, milusio... Byłem już tak cholernie śpiący... Miałem wrażenie, że zaraz zasnę w jego objęciach. Wcześniej muszę jeszcze przygotować kolację... Dam radę.
Kilkanaście minut później byłem już w kuchni, w swojej ulubionej piżamce i zajmowałem się przygotowaniem szybkiego jedzenia. Z tego co mi wiadomo, Kou jakoś się pozbierał i udało mu się dotrzeć do łazienki, siedzi tam do tej pory. Wprawił mnie tym w lepszy nastrój. Nao widząc jak oczy same mi się zamykają, nakrył do stołu i obiecał, że za mnie pozmywa. Podobno z własnej inicjatywy, jednak mam pewne podejrzenia, że to Satoru na niego wpłynął... Nieważne.
Kiedy skończyłem i zacząłem nakładać smaczną kolację na talerze, akurat przyszedł Kou. Wyglądał jakby ktoś go zgwałcił... Hłe, hłe. Usiadł przy stole... na moim miejscu. Na MOIM miejscu. Grrr... Podszedłem do niego i nachyliłem się nad jego uchem. Kompletny brak reakcji z jego strony cholernie mnie rozbawił. Odchrząknąłem by mój głos stał się bardziej donośny.

- Wypierdalaj! - wrzasnąłem.

Odsunąłem się od niego, nie chcąc ryzykować trzecim uderzeniem w policzek tego dnia. Bez słowa wstał i spojrzał na mnie z politowaniem. Przez moment nawet zrobiło mi się głupio, ale szybko pozbyłem się niechcianej emocji.
Zastanawiam się... Jakim cudem on w ogóle jest w stanie siedzieć? Może wcale nie przesadziłem aż tak bardzo?

- Gdzie mam usiąść? - spytał lekko zachrypniętym głosem.
- Obok - odowiedziałem milutkim tonem i uśmiechnąłem się słodko.

Zrobił to, a ja zaśmiałem się cicho z jego uległości. Może od dziś będzie tak już zawsze? To byłoby zbyt piękne, prawda? Pan powiedział, że sny się czasem spełniają... Pożyjemy, zobaczymy.  Usiałem na swoim miejscu i zacząłem wcinać. Niebo w gębie, mmmm... Dziś wyszło mi wyjątkowo dobre danie. Po minie Nao, mogłem się domyślić, że ma podobne zdanie do mojego. Pan przyszedł dosłownie chwilę później... Był tylko w długich spodniach od piżamy! Nie mogłem oderwać od niego wzroku przez dłuższy czas. Przysiadł się do nas z uśmiechem na ustach. Kiedy spróbował kolacji, jego cichy pomruk zadowolenia upewnił mnie w przekonaniu o wykwintnym smaku. Byłem z siebie taki dumny! Całkowicie zapomniałem o naszym gościu, ale on oczywiście MUSIAŁ o sobie przypomnieć.

- Nie dobre - mruknął Kou.

Co? Jak ja mu zaraz... Pan złapał mnie za rękę i pokręcił przecząco głową. Wiem, że nie mogę mu nic zrobić, ale tak mnie korci... Zacisnąłem pięści i spojrzałem z czystą nienawiścią na swojego wroga. Wyobraziłem sobie jak leży na ziemi w kałuży krwi i to mnie troszkę uspokoiło. Piękny obrazek...
Delikatnie się wzdrygnął widząc mnie w takim stanie. Szlag mnie trafiał.

- Jestem tylko szczery.
- Musisz komentować? - spytałem grzecznie.
- Tak, bo jesteś fatalnym kucharzem. Chyba chcesz znać moją opinię?

A kim on, kurwa, jest, że mam chcieć "poznać jego opinię"?! Jak mu zapierdolę, to się nie pozbiera! Chuj, kurwa! Zajebać takiego to mało!

- Jak ci, kurwa, nie smakuje, to nie jedz - warknąłem.
- Nie mogę wyjść z podziwu, że jeszcze nikogo nie otrułeś - usilnie chciał mnie sprowokować i mu się udało.
- Skurwysynie!

Zamaszyście wstałem od stołu i nie wiedziałem co mam zrobić z rękami. Pan się wkurwi jak mu przypierdolę! Nie mogę tego zrobić. Mój wzrok utkwił w Nao. Kiedy ten to zauważył, momentalnie w jego oczach pojawiły się łzy. Już miałem do niego podejść...

- Az, proszę, usiądź - odezwał się Pan spokojnym tonem.

Jego głos sprowadził mnie na ziemię. Powoli zająłem swoje miejsce. Patrzyłem się cały czas na Satoru. Prosi... Jak prosi, nie rozkazuje. Mogę się dostosować, ale nie muszę. Chcę być posłuszny. Zależy mi na tym.

- Przeproś go - rozkazał.
- Ale... - zacząłem.
- Nie ty - przerwał mi.

Spojrzałem w stronę Kou i czekałem na choć słowo z jego strony. Wyglądał na zmieszanego i średnio szło mu z odnajdywaniem się w sytuacji.

- Nie przejdzie ci przez gardło słowo "przepraszam"? - spytał Satoru - Właśnie ratuję ci dupę.
- Słucham?
- Pozwolę Azowi zrobić z tobą wszystko, jeśli go nie przeprosisz.

Tak, tak, tak! Proszę! Ja mu powydzieram wszystkie kończyny i powieszę sobie nad łóżkiem! Wcześniej będę go męczył przez wiele dni i katował w najokrutniejszy możliwy sposób!

- To on mnie wyzywa - zdenerwował się.
- Rozmawialiśmy o czymś - zmierzył go groźnie spojrzeniem.
- Dobrze, ale nie zamierzam...
- W porządku - odezwałem się - Nic się nie stało - powiedziałem półszeptem i opadłem na oparcie krzesła - Może to ja za bardzo się uniosłem?

Nie popełniłem żadnego błędu, ale się przyznam do wyimaginowego, bo czemu nie? Patrzyłem w dół i czekałem aż ktoś się odezwie. Ledwo powstrzymywałem parszywy uśmiech, który za wszelką cenę usiłował pojawić się na mojej twarzy.
Wychodzi na to, że ich zamurowało... Może jeszcze dobiję? Tak, tak.

- Przepraszam - podniosłem wzrok na Kou i delikatnie się uśmiechnąłem - Następnym razem bardziej się postaram.

Bardziej się postaram zrobić mu z dupy jesień średniowiecza. A następny raz będzie szybciej niż wszystkim się wydaje! Ja do tego doprowadzę, nikt się o to martwić nie musi!
Chuj z tym, że kłamałem jak z nut. Oni wierzyli, że wszystko co mówię jest prawdą i to się liczyło. Wróciłem do jedzenia jakby nigdy nic, bo o tym zapewniłem. Mi smakowało... Czegoś brakuje? Serio zacząłem się nad tym zastanawiać. Jak Kou coś przyrządzi to smak jest bardzo wyrazisty, a czasami nawet dla mnie ostry. Ja preferuję delikatniejsze jedzenie... W tym problem? Gdyby tak...
Zabrałem mu talerz sprzed nosa i podszedłem do blatu, tam go położyłem. Doprawiłem jego porcję, tak, żeby bardziej mu odpowiadała. Może nie trafię idealnie w jego gust, ale teraz powinno być dla niego lepsze. Raczej nikt poza Kou nie przyglądał się temu co robię, a on nie wie co jest na tym blacie. Jakiś tydzień temu ktoś zostawił tu dość silny środek na przeczyszczenie i leży do tej pory w tym samym miejscu. Dosypałem go trochę do jego jedzenia. Rozerwie mu po tym dupę. Skoro podobno mam truć ludzi, to on będzie pierwszy. Postawiłem talerz z powrotem przed nim i usiadłem.

- Nie naplułem do tego - powiedziałem zrezygnowany, widząc jego zmieszany wzrok.
- Yhm - mruknął bez przekonania.

Niepewnie spróbował ponownie mojego dania i delikatnie się uśmiechnął. O to mu chodziło? Teraz tylko muszę dopilnować by zjadł wszystko. Pan i Nao dalej siedzieli cicho. To dobrze, jak na razie wszystko idzie zgodnie z planem.

- Lepsze, ale nadal średnio mnie przekonuje - skomentował po chwili.
- Zjesz? - spytałem niechętnie.
- Chyba nie dajesz mi wyboru - westchnął - Miło, że specjalnie dla mnie się fatygowałaś - dodał ciszej.
- Spoko - mruknąłem.

Zająłem się swoim jedzeniem i już nie zwracałem na nikogo uwagi, by nie wzbudzać zbędnych podejrzeń. Kiedy skończyłem odłożyłem talerz do zlewu i przyjrzałem się wszystkim. Kou kończył swoje jedzenie, aż się ciepło na serduszku robi. Nie dojedzie do domu, przynajmniej bez żadnego postoju. Śmiać mi się chce, ale nie mogę przy nich, bo ktoś się skapnie. Chociaż on i tak już większość wpierdolił... Zadziała tak czy tak.

- Dobranoc - powiedziałem by zwrócić na siebie uwagę - Powodzenia w dotarciu do domu, Kou - uśmiechnąłem się serdecznie i ukłoniłem delikatnie w jego stronę.
- Mokrych snów - rzucił Pan.

Wyszedłem z kuchni i poszedłem do swojego pokoju. Nawet nie zamykałem drzwi, zostawiłem je uchylone... jak robiłem to kiedyś. Pamiętam, że zawsze traktował to jako zaproszenie, a ja na niego czekałem. Kiedy szedł spać, przychodził do mnie, siadał na skraju łóżka i mnie głaskał. Opowiadał mi o tym co mu się podobało w moim zachowaniu, a czego robić nie powiniem. Jak jego zdaniem przegiąłem, to zabierał mi pluszaka... Pewnego dnia po prostu przestał do mnie przychodzić. Nie wiem dlaczego. Pynajmniej miło to wspominam.
Sprawdziłem jeszcze szybko telefon, po czym podłączyłem go do ładowarki. Położyłem się do łóżka i szczelnie opatuliłem się kołdrą. Zamknąłem oczy, a po krótkiej chwili zasnąłem...

◀⧫⧫⧫▶

Ktoś mnie obudził... siedział na skraju łóżka i mnie głaskał. Pomruczałem pod nosem i zakryłem głowę kołdrą. Już prawie usnąłem z powrotem, ale ta osoba zabrała mi cieplutką pierzynkę.

- Az - powiedział cichutko.

Pan? Chyba tak... Odwróciłem się na drugi bok i zamknąłem z powrotem oczy.

- Kotku, jest sprawa - zawisnął nade mną.
- Zostaw... - ziewnąłem - Mnie...
- Zaraz wyleje na ciebie wiadro wody, żyj.
- Yhm... Słucham - mruknąłem na wpółprzytomny.
- Potrzebuję cię, żeby skończyć projekt.
- Nieeee... - jęknąłem - Jutro - rzuciłem w niego poduszką.
- Mam czas do szóstej rano, jest pierwsza.
- Trzeba było myśleć wcześniej.
- Nie zdążę, Az - położył się na mnie.
- To cię wyjebią - powiedziałem niezadowolony.
- Właśnie dlatego jesteś mi potrzebny. Brakuje mi jeszcze sześciu stron.
- Ilu...?
- To nie tak dużo, weź.
- Będę płakać - poskarżyłem się.

To zajmie nam kilka godzin w jego tempie! Nie ma szans i tak nie zdąży się wyrobić. Lepiej się poddać i... wyspać. Tak, potrzebuję snu...

- Kupię ci wszystko co zechcesz w nagrodę.
- Wszystko? - podniosłem się do siadu skuszony propozycją.
- Do kwoty sześciu tysięcy jenów - sprostował.
- Dobra - uśmiechnąłem się lekko - A będę musiał dużo myśleć?
- Troszkę.
- Może przeżyję - westchnąłem.



Przepraszam cały fanclub Kou! Mam nadzieję, że nikomu nie zepsułam świąt!
Skyge