Rozdział 51: Spierdoliłeś to Kou, znowu




Kou sięgnął do kieszeni spodni i wyciągnął z niej scyzoryk. Zamarłem, zrobiło mi się zimno z przerażenia. Az cofnął się o krok, zauważyłem jak zbladł. Podniósł ręce w geście kapitulacji, jednak Kou nie zamierzał odpuścić.
Złapał go za włosy, nie pozwalając mu na odsunięcie się, po czym przyłożył ostrze do jego prawego boku. Az się nie ruszał, jeden nieostrożny ruch i Kou może się wkurwić.

- Dogadajmy się - odezwał się Az, był wyraźnie przestraszony.
- Ależ ja chcę ci się tylko zrewanżować - zaśmiał się cicho.
- Nie możesz, Pan musi wyrazić zgodę - starał się zachować naturalny ton głosu, ale i tak mu zadrżał.
- Nie musi - wymruczał.

Usłyszałem jak chłopak syknął. Nie wytrzymałem i zerwałem się z ziemi. Złapałem Kou za rękę, w której trzymał narzędzie zbrodni, drugą usiłowałem mu je zabrać. Przez łzy jednak ciężko było mi cokolwiek zobaczyć, dość mocno złapałem za ostrze, w tym samym momencie Az krzyknął. Dopiero po chwili dotarło do mnie co się stało, zauważyłem krew na swojej lewej dłoni, a po chwili po moim ciele rozszedł się piekielny, promieniujący ból. Zawyłem i usiadłem na ziemi, nie mogąc dłużej ustać na nogach. Krwi było coraz więcej, zrobiło mi się słabo.

- Pomóż mu, w końcu jesteś jego Panem - syknął chłopak.

Nie wiem co się działo, nie czułem i nie widziałem nic poza tą cieknącą w nieskończoność krwią. Rana okropnie paliła. Ktoś przy mnie kucnął. Krew... Za dużo krwi...

- Sachi, patrz na mnie - usłyszałem głos Aza.

Posłusznie podniosłem na niego wzrok. Był opanowany i trzeźwo myślał, przynajmniej takie odniosłem wrażenie. Spojrzał w dół i delikatnie złapał mnie za przedramię. Nie odrywałem od niego wzroku. Zrobiło mi się gorąco, ledwo łapałem oddech.

- Chyba nie jest tak źle - uśmiechnął się delikatnie, choć chyba dużo go to kosztowało - Poruszaj palcami.

Zrobiłem co chciał. Miał rację, chyba wszystko w porządku... Dobrze, że nie uszkodziłem sobie ścięgien. Mdliło mnie coraz bardziej, zaraz się porzygam.

- Grzeczny szczeniaczek.
- D... Dziękuję - szepnąłem łamiącym się głosem - Źle się czuję - dodałem szeptem, nie wiem czy usłyszał.
- Nie płacz już - pogłaskał mnie po ramieniu.

Skinąłem głową i udało mi się w miarę powstrzymać łzy. Posłuszeństwo musi być na pierwszym miejscu, zawsze... Czułem jak moje powieki zaczynają robić się coraz cięższe.

- Sachi, nie mdlej. Trzeba znaleźć mojego Pana, a na ręce cię nie wezmę choćbym chciał.
- Dlaczego...?

Dopiero teraz dostrzegłem, że jego kąpielówki są pokryte w sporej części czerwoną cieczą. To moja krew czy jego...? Przyjrzałem się mu dokładniej, po chwili odsłonił pokaźną ranę przy prawym boku, miała z siedem, osiem centymetrów i była głęboka, nieprzerwanie krwawiła. Nie... Nie. Nie! Dlaczego?! Niech Kou krzywdzi mnie, a Aza zostawi w spokoju! To ja powinienem tak oberwać. Ja zasługuję, on nie.

- Az - pisnąłem - Boli cię? - rozpłakałem się na nowo - Przepraszam, to moja wina. Gdybym wtedy sobie poszedł, tak jak prosiłeś...
- Nic się nie stało - powiedział spokojnie - To nic - uśmiechnął się.
- Nie kłam, proszę. Przecież widzę.
- Za bardzo się przejmujesz.
- Przepraszam...
- Kou sobie poszedł, pewnie do tej swojej nowej dziewczyny - zaśmiał się.

Widziałem co robi... Próbował odwrócić moją uwagę, podczas gdy sam pewnie cierpiał dużo bardziej niż ja. Zakręciło mi się w głowie... Za dużo krwi... Była wszędzie. Az też powoli blednął. Obraz stawał się niewyraźny. Przed oczami miałem tylko czerwień. Zacząłem tracić kontakt ze światem rzeczywistym. Dlaczego akurat teraz? Dlaczego akurat w momencie, w którym to ja mógłbym pomóc jakoś jemu? Nie mogę tego zrobić, bo nie jestem w stanie. Nawet nie wiem co mam robić. Przymknąłem oczy, porzygam się...

- Sachi, nie rób sobie jaj - przestraszył się - Nie teraz - potrząsnął moim ramieniem.

Nie byłem w stanie mu odpowiedzieć... Czułem mocne pulsowanie w skroniach i ostry ból w rozciętej ręce. Coś mówił, ale już nic nie rozumiałem. Podniosłem jeszcze na chwilę ciężkie powieki i ostatnim co zobaczyłem były jego, jakby powoli gasnące, fiołkowe oczy.

◀⧫⧫⧫▶

Gdy ponownie otworzyłem oczy, zauważyłem, że jestem w samochodzie. Rozpaczliwie tuliłem się do Satoru, miałem zabandażowaną rękę. Co się...?
Powoli zaczynałem sobie wszystko przypominać. Cicho zaszlochałem. Pogłaskał mnie po głowie i się nie odzywał. Kou, to przez niego... Dlaczego? Dlaczego to zrobił...? Jest potworem, jak on mógł? Myślałem, że jest w miarę normalny, tak bardzo się myliłem...

- Satoru... Ja chcę zostać z tobą - podniosłem na niego zapłakany wzrok - Proszę, pozwól mi.
- Cii... Porozmawiamy później.

Skinąłem głową i się do niego przytuliłem. Do mojego nosa dotarł nieprzyjemny zapach krwi i zrobiło mi się niedobrze. Wyglądnąłem za niego i ze zdumieniem odkryłem, że siedział tam Az. Był blady jak papier, miał na sobie koszulkę i spodnie, podczas gdy ja nadal byłem w samych kąpielówkach. Trzymał się ręką za miejsce, w którym miał ranę, chyba też już opatrzoną, i opierał się o swojego Pana, miał położoną głowę na jego ramieniu. Nikt się nie odzywał, przez co było okropnie niezręcznie. To miał być przyjemny dzień, a skończyło się nieciekawie.
Po kilkudziesięciu minutach Kou zatrzymał samochód przed domem Satoru. Wysiedli wszyscy oprócz mojego Pana, na miejscu Aza było pełno krwi... Otworzyłem drzwi.

- Zastanów się czy chcesz wyjść - powiedział Pan śmiertelnie poważnym tonem.
- Chcę - mruknąłem.
- Obiecuję, że pożegnasz się ze wszystkimi wygodami - warknął.
- Przecież... To wszystko się kiedyś skończy - powtórzyłem słowa Aza.
- Wysiadaj - rozkazał - Twoje rzeczy są w bagażniku.

Więc wysiadłem i zamknąłem za sobą drzwi. Zabrałem torbę ze swoimi ciuchami. Czekałem aż on też wysiądzie, jednak to się nie stało. Zamknąłem bagażnik, a po krótkiej chwili odjechał, jak gdyby nigdy nic. Znowu ucieka, jak tchórz... Jeszcze przez chwilę oglądałem się za odjeżdżającym samochodem... Zostawił mnie. Tak po prostu...

- Zostajesz na polu? - usłyszałem głos Nao.
- Nie...

Odwróciłem się w jego stronę, nieoczekiwanie się uśmiechnął. Podszedłem do niego, nie próbował mi w żaden sposób dogryzać, co pozytywnie mnie zaskoczyło. Wpuścił mnie do środka.

- Sachi, chodź, pomożesz mi - Satoru przywołał mnie dodatkowo gestem.

Posłusznie za nim podążyłem. Zabrał mnie do Jego pokoju... Az, całkowicie przybity, leżał na swoim łóżku i zakrywał twarz ramieniem. Pod plecami miał położony gruby ręcznik złożony na kilka części.

- Weź go pociesz, zaraz wrócę - szepnął mi do ucha.
- Yhm... - mruknąłem równie cicho.

Podszedłem do chłopaka i usiadłem po drugiej stronie łóżka. Nie wiedziałem co mam powiedzieć ani czy w ogóle on chce bym zaczynał rozmowę... Kolor jego skóry niewiele różnił się od nieskazitelnej bieli jego mebli. Nie potrafię określić jak bardzo jest z nim źle.

- Jak tam? - spytałem niepewnie.
- Bywało lepiej - powiedział ściszonym tonem i spojrzał na mnie.
- Przepraszam za niego... Wstyd mi, że mam takiego Pana.
- Nie ty wybierałeś... nie przepraszaj.
- Wiesz, zostawił mnie tu samego i pojechał sobie do domu.
- Nie jesteś sam - uśmiechnął się.
- Tak, masz rację - odwzajemniłem uśmiech.

On ledwo mówił, było mi tak okropnie przykro... Usłyszałem czyjeś kroki, to pewnie Satoru. Spojrzałem w jego stronę. Miał w rękach jakąś większą apteczkę. Chłopak chyba wiedział co w niej trzyma, bo mina mu zrzedła. Jego Pan położył ją na biurku.

- Kotek, ściągnij opatrunek.

Podniósł koszulkę i wykonał polecenie, robił to dość powoli i delikatnie. Zauważyłem  jak nieznacznie drżała mu przy tym ręka. To naprawę nie wyglądało dobrze... Satoru wyciągnął strzykawkę... igłę... nić chirurgiczną... założył na ręce białe, lateksowe rękawiczki. Nie mogłem oderwać wzroku od tego wszystkiego. On właśnie zamierza...? To moja wina...

- Założę ci sześć szwów.
- Dziękuję, Panie.
- To znieczulenie? - spytałem wskazując palcem na zastrzyk.
- Antybiotyk - uśmiechnął się delikatnie.
- A... Ale, jego to będzie bolało... - zrobiło mi się przykro.
- Nie mam pięciu lat, szczeniaczku - wtrącił się.

Satoru wziął do ręki strzykawkę i pstryknął w nią palcami kilka razy. Złapałem Aza za rękę, chyba denerwowałem się bardziej niż on. Miał chłodną skórę... Poczucie winy we mnie coraz bardziej rosło.

- Nie ruszaj się.
- Tak, Panie.

Az odwrócił wzrok od tego co robił jego Pan, teraz patrzył na mnie. Pogłaskał mnie kciukiem po wierzchu dłoni. Po chwili poczułem jak trochę mocniej mnie ścisnął. Satoru musiał przystąpić do działania.

- Az, oddychasz? - spytał wesołym tonem.
- Tak, Panie - odpowiedział spokojnie.
- Opowiedz mi jak to wyglądało.
- Szczeniaczek zaproponował mi seks "na zgodę" więc poszliśmy do auta po małe urozmaicenia... - skrzywił się trochę.

Satoru zaczął przemywać ranę, to pewnie przez to. Nawet nie chcę wiedzieć jak bardzo musiało go to boleć... Tak bardzo było mi go szkoda... Dosłownie widziałem czyste cierpienie w jego oczach, nie uronił żadnej łzy, nawet mu się na to nie zbierało.

- Mów, mów, słucham... - mruknął Satoru.
- Jak skończyliśmy, okazało się, że Kou nas podglądał i - cicho jęknął - I chciał uderzyć mi pieska, nie pozwoliłem mu na to, wściekł się i wyciągnął scyzoryk. Przestraszyłem się, w tym czasie chwycił mnie mocno za włosy i naciął moją skórę... Sachi nie wytrzymał i próbował powstrzymać - syknął z bólu - Swojego Pana, jednak ten pod wpływem emocji i tego, że Sachi chwycił za ostrze, wbił mi go dużo głębiej... Szczeniaczek się wystarczył i siadł na ziemi, a Kou nas zostawił jakby nic się nie stało, może nie wiedział jak bardzo jest źle. Później Sachi zemdlał, a ja po ciebie poszedłem.
- Nie powinieneś brać go wtedy na ręce... - westchnął.
- Panie, nie mogłem go tak zostawić.
- Tak, ale przynajmniej nie pękłoby ci to bardziej, mogłeś się wykrwawić.

To wszystko moja wina... To przeze mnie Az wtedy wyciął mi swoje imię i przez to Kou chciał się odegrać... Jeszcze go sprowokowałem i zrobił mu dotkliwszą krzywdę... Na dodatek zemdlałem, więc wziął mnie na ręce, jeszcze bardziej się przy tym uszkadzając... Dotknąłem opuszkami palców swojej blizny.

- Sachi, w porządku? - spytał Satoru.
- Ja... - pociągnąłem nosem.

Wstał i otworzył okno na oścież. Jak dotarło do mnie świeże powietrze poczułem się odrobinę lepiej. Nerwy żywcem zjadały mnie od środka, za to Az wydawał się być całkowicie rozluźniony i obojętny na to co się dzieje.

- Już dobrze? Jak chcesz to możesz wyjść.
- Tak... Nie trzeba, zostanę.
- Jakbyś źle się czuł to cię tu nie trzymam.
- Dobrze. To przeze mnie wszystko się tak skończyło, racja...? - nie byłem w stanie spojrzeć żadnemu z nich w oczy - To moja wina... Przepraszam.
- Sachi, to wina nas wszystkich, nie tylko twoja - mruknął Satoru - Ja nie dopilnowałem Aza, on dał to sobie zrobić, a Kou chciał się prostacko zemścić.
- Przecież pogorszyłem sprawę i do niej doprowadziłem... Nic by się nie stało gdybym...
- Przestań - mruknął Az - Stało się i koniec, nie zamierzam dłużej o tym słuchać.
- Przepraszam...
- Szczeniak - zaśmiał się słabo - Głupku, nie przepraszaj za nic.
- Nie śmiej się - westchnął Satoru - Teraz może trochę zaboleć.

Spojrzałem w jego stronę i przełknąłem nerwowo ślinę. Trzymał w ręce specjalne, metalowe kleszczyki, a w nich igłę z nawleczoną, dość grubą nicią. Szybko odwróciłem od tego wzrok, nie będę patrzył, bo się porzygam! Mam nadzieję, że moja rana nie nadaje się do szycia... Nie, tego bym już chyba nie ścierpiał. Az przymknął oczy i zmarszczył brwi. Odgarnąłem mu włosy z twarzy. Bardziej ścisnął moją rękę, delikatnie się uśmiechnąłem.

- Dostaniesz trzy dni ulgi od wszystkiego, kotek.
- Dziękuję, ale nie trzeba, Panie.
- Musi ci się to choć trochę zrosnąć, bo inaczej szwy mogą puścić.
- Tak, Panie.

Nie zamierzał z nim dyskutować? Odpuścił, tak po prostu? Bez żadnego ale? Gdybym ja coś chciał to bym się o to kłócił... Może to jest powód, dla którego często denerwuję Pana? I Aza... i Satoru... i wszystkich innych też... Wychodzi na to, że muszę nauczyć się bezwzględnie zgadzać z wolą i zdaniem innych.

- Sachi, jaki był twój pierwszy raz? - odezwał się cicho Az.
- Całkiem przyjemny, czemu pytasz...?

Po co mi przypominał? Teraz nie wybiję sobie z głowy myśli o Ayato. Rozumiem, że musi się czymś zająć, ale dlaczego akurat to go interesuje? Tak jakby powoli wracały mu kolory, ale równie dobrze mogło mi się to wydawać.

- Z ciekawości - spojrzał na mnie - Co masz na myśli mówiąc "przyjemny"? - ciągnął temat.
- Były Pan był dla mnie bardzo delikatny i troszczył się też o moją przyjemność. Dobrze to wspominam. Miałem u niego naprawdę dobrze, teraz żałuję, że zrobiłem coś przez co zdecydował się mnie oddać... za darmo.
- Mnie Pan wziął siłą, ale po paru razach to polubiłem - wymusił na sobie uśmiech.

No tak... Raczej rzadko kto miał szczęśliwe początki... Wydaje mi się, że raczej nie miał większych problemów z zaakceptowaniem swojej roli.
Całkowicie zignorował dalszą część mojej wypowiedzi.

- Nieprawda - zaśmiał się Satoru - Moja mała kicia unikała seksu jak ognia przez dobre trzy miesiące.
- Nie mówiłem, że mi się nie podobało - delikatnie się zarumienił - Lubię kontrolowane gwałty, ale wtedy wstyd było mi się przyznać.
- Ej, ej, ej, nie rób mi tu powstania - zacisnął rękę na jego kroczu - Nie pozwalam ci sobie samemu dogadzać, do odwołania.
- Tak, Panie... Dużo jeszcze zostało?
- Nie, to przed ostatni - uśmiechnął się - Chcesz przerwę?
- Nie, ale dziękuję Panie. Ten zakaz to tyczy się tylko ręki...?
- Chciałbyś, zero wszystkiego.
- Dobrze, Panie.

Po dłuższej chwili Satoru się od niego odsunął. Przyjrzałem się zszytej ranie, pięknie to to nie wyglądało...

- Tak właściwie to miałeś farta, dosłownie kilka centymetrów w prawo i - nie chciał mówić dalej.
- I? - spytałem nieco przestraszony.
- W optymistycznej perspektywie ostry dyżur - westchnął i spojrzał błagalnie na Aza - W najgorszym wypadku... No cóż, szkoda.
- Panie, nawet mi nie mów... - zakrył twarz rękami.
- Ty się ciesz, że zostały mi jeszcze nici.

Czyli takie zszywanie to nie jest tu czymś niesamowitym... Pan założył mu opatrunek, taki sporych rozmiarów plaster.

- Jestem bardzo wdzięczny, Panie.
- Sachi, Kou powiedział kiedy po ciebie wróci?
- Nie - spuściłem głowę.
- Zadzwonię do niego.

Skinąłem głową, a on zaczął zbierać wszystkie rzeczy, które przyniósł. Zabrał też zakrwawiony ręcznik, na którym leżał Az.

- Nie wolno ci wstawać bez mojego pozwolenia, możesz zrobić z Sachiego chłopca na posyłki.
- Rozumiem.

Satoru wyszedł, a ja się położyłem obok swojego, tymczasowego Właściciela. Przytuliłem się do niego, objął mnie ramieniem i głaskał po plecach.

- Ja bym nie dał rady - szepnąłem.
- W czym?
- Chociażby w tym, żeby się nie ruszyć i nie wpaść przy tym w histerię.
- Gdybym choć raz spróbował mu w jakikolwiek sposób przeszkodzić, to by mnie po prostu tak zostawił. Może i wygląda to jak coś strasznego, ale nie boli tak bardzo.
- Dużo razy Pan musiał cie tak...  ratować...?
- No trochę tego było, ale ostatni raz był z pół roku temu.
- Ja chyba przeżywałem wszystko bardziej niż ty.
- Nie byłbym tego taki pewien, przez jakiś czas pewnie nie wezmę niczego ostrego do ręki.
- Nie widać tego po tobie.
- Wiem - uśmiechnął się niewinnie - Ciekawe czy to nasze ostatnie spotkanie - westchnął.
- Co? Czemu?
- Kou nie będzie cię już prawdopodobnie nigdzie zabierać. Nie przepada za mną, więc wątpię by cię jeszcze tu przywiózł.

Nie odezwałem się, tylko bardziej w niego wtuliłem. Kou nie może mi tego zrobić... Nie, to byłoby już przegięcie. Ja potrzebuję przyjaciela... Ludzkiego przyjaciela, bo z poduszkami rozmawiać nie zamierzam.

- Nie mówię, że tak będzie, szczeniaczku. Mógł powiedzieć to w złości.
- Tak - szepnąłem, choć nie wierzyłem w jego słowa.
- Chciałbym się z tobą kochać - westchnął - Szkoda, że nie mogę.

Kochać? A nie pieprzyć, jebać albo rżnąć? Az zrobił się mięciutki? To pewnie dlatego, że jest zmęczony... Tak, nie widzę innej możliwości.

- A ja chciałbym pomóc ci spełnić zachciankę.
- Nie wolno nam - mruknął - To, że Pan nie wie co robię, nie oznacza, że mogę łamać jego rozkazy.
- Yhm... Jestem zmęczony.
- To śpij.
- A dostanę buziaka na dobranoc?
- Tak.

Odwrócił się na lewy bok, leżał teraz przodem do mnie. Pocałował mnie, delikatnie i czule. Miał takie miękkie wargi... Rozpływałem się. Uchyliłem usta, ale nie pogłębił pocałunku. Zacząłem oddawać. Nigdzie nam się nie śpieszyło. Przeniósł dłoń na moją szyję i nieco mnie do siebie przyciągnął. Pozwalałem zrobić ze sobą wszystko, dopóki nie włożył reki pod moją koszulkę. Nie wiem dlaczego, ale się przestraszyłem. Zapiszczałem i zacząłem drżeć. Wycofał się... Spojrzałem mu w oczy, był tragiczne zmęczony i doskonale to po nim widziałem. Chyba średnio miał ochotę prawić mi morały.

- Mam zakaz, nie bój się - ziewnął, zakrywając usta ręką.
- Już nie będę - odwróciłem wzrok.
- Idź wziąć prysznic - mruknął - Jak nie chcesz, to nie wracaj.
- Ale...
- Czegoś nie rozumiesz?
- Rozumiem wszystko - spuściłem głowę.

Wyszedłem z jego pokoju i skierowałem się w stronę łazienki. Jak on mógł w ogóle pomyśleć, że nie będę chciał do niego przyjść? Chociaż w sumie to mógł, nie zdziwiłbym się gdyby doszedł do wniosku, że Satoru mógł mi kazać albo, że się do tego zmuszam, bo się go boję.
Po drodze oczywiście musiałem się na kogoś natknąć! Całe szczęście był to tylko Hideki... Chciałbym wyjaśnić z nim trochę rzeczy, a później mogę już nie mieć okazji. Usiłował mnie minąć, ale zagrodziłem mu drogę ręką.

- Czego chcesz? - odezwał się wyraźnie niezadowolony.
- Cześć, co tam?
- Nic.
- Czemu nie chciałeś z nami jechać? - musiałem wiedzieć.
- Bo nie.
- No weź, mi możesz powiedzieć.
- Nie przepadam za nikim, kto tam przebywał, ok?
- Miło to słyszeć... Ja się trochę pokłóciłem z Azem - uśmiechnąłem się niewinnie.
- Współczuję, przepuścisz mnie? - odpowiedział szybko.
- Nie, czemu miałbyś mi współczuć? - udałem głupiego.
- Bo pewnie się nad tobą znęcał? - spytał ironicznie.
- Nie, on nie robi mi krzywdy.
- Poczekaj, bo ci uwierzę.
- Widzisz po mnie, żeby coś mi było? - uśmiechnąłem się.
- Nawet jeśli nie, to możesz kłamać - mruknął - Zostaw mnie.
- Wiesz co się stało? - próbowałem podtrzymać rozmowę.
- Nie? A stało się coś? - chyba się zainteresował.
- No, Az ma założone szwy, Satoru zabronił mu wychodzić z łóżka i ogólne kiepsko z nim.
- Dobrze mu tak.
- Co? - zdziwiłem się.
- No zasłużył sobie, cokolwiek mu się stało, to się z tego cieszę - uśmiechnął się.
- Nie mów tak.
- Bo?
- Bo wiele się wycierpiał? Nie dość, że długo się męczył to jeszcze miał zakładane szwy na żywca.
- I tak uważam, że on na to zasługuje. Jest okropny w każdym calu, w końcu będę miał od niego chwilę wytchnienia.
- On nie jest taki zły jak ci się wydaje.
- Serio? To, że ciebie lubi nie znaczy, że mnie też. Jestem w jego oczach nikim, śmieciem - spojrzał na mnie z żalem.
- Jakbyś chociaż spróbował być mu...
- Nie - przerwał mi - Nie jestem dziwką, mnie nie cieszą takie zabawy. A teraz pozwól, że sobie pójdę - przesunął moją rękę i zniknął mi z oczu.

Nazwał mnie dziwką... Nie jestem nią. Nie jestem, prawda? Nie. To, że czerpię przyjemność z zabaw jest na moją korzyść. Nie muszę się stawiać, bo wtedy będzie gorzej. Jak jestem grzeczny to nie dzieje mi się krzywda. Nie jestem dziwką!
Poszedłem do łazienki i wziąłem szybki prysznic, później się ubrałem w normalne ciuchy, nie mam zamiaru paradować cały dzień w różowych kąpielówkach. Bandaż się zamoczył więc postanowiłem go ściągnąć. Rana kiepsko wyglądała, ale przynajmniej już nie krwawiła. Była płytsza niż z początku myślałem. Wstyd mi teraz, że tak dziecinnie zareagowałem. Postanowiłem, że znajdę Satoru i poproszę o nowy opatrunek, może i nie potrzebuję go już tak bardzo, ale psychicznie czułbym się o wiele lepiej nie musząc tego oglądać.
Nawet nie musiałem mu się z niczego tłumaczyć, po prostu zabandażował mi rękę na nowo. Podziękowałem mu tak ślicznie jak potrafiłem. Przy okazji dowiedziałem się, że mój super sweetaśny i uwielbiony Pan nie posiada w swoim słowniku słów "przepraszam" i "wiem kiedy wrócę po swojego psa", za to potrafił już powiedzieć "możesz z nim zrobić co chcesz". Nie narzekam, tak właściwie to się cieszę. Niech Kou się wypcha.
Szczerze, to wahałem się czy iść do Aza... Powiedział, że jak nie chce to mam nie przychodzić. Tylko, że ja nie wiem czy chcę... On też pewnie woli sobie odpocząć i nie słuchać moich histerii i żalów. A ci jak jednak lubi moje towarzystwo? W takim wypadku chyba ucieszyłby się na mój widok. Powiedział, że spędza ze mną czas tylko dlatego, że się słucham... Ale też, że się do mnie przywiązał. Nie mam pojęcia co robić...
Po chwili zdecydowałem się do niego przejść. Jak zobaczę, że coś mu się nie podoba, to sobie pójdę i już.
Powoli uchyliłem drzwi od jego pokoju. Słodko tulił się do poduszki, miał zamknięte oczy, podejrzewam, że spał. Kolejny raz się zawahałem. Powinienem sobie pójść... On raczej nie ma ochoty się ze mną użerać. Mimo to wszedłem do środka i cicho zamknąłem za sobą drzwi. Usiadłem po turecku na łóżku i przyglądałem mu się przez chwilę. Czy on jest tutaj szczęśliwy? Dlaczego mnie to interesuje...? Raczej liczył na to, że jednak nie przyjdę... Po prostu mam takie niemiłe przeczucie. Po co mu ja? Tylko robię problemy... Już miałem wstać, ale złapał mnie za rękę, aż podskoczyłem z zaskoczenia.

- Ty chcesz sobie iść...? - bardziej stwierdził niż spytał, jego ton głosu był całkowicie beznamiętny.
- Nie wiem - spojrzałem mu w oczy.
- Tak albo nie.
- Nie.
- Więc zostań - puścił moją rękę.
- A ty?
- Myślisz, że pozwalałbym ci tu przebywać gdybym tego nie chciał? - spojrzał na mnie sugestywnie.
- Nie.
- No właśnie.
- Mogę się przytulić?
- Jeśli tylko masz ochotę.

Położyłem się obok niego i wtuliłem się w jego klatkę piersiową. Nie wiem jak on mógł być taki spokojny, serce biło mu równym rytmem, naturalnym rytmem, a jego oddech był idealnie miarowy. Zachowywał się tak, jakby było mu wszystko jedno co się stanie. Teraz był bezbronnym pieskiem. Był idealny względem swojego Pana, zawsze. Nie wiem czy ja bym tak potrafił.

- Az powiem ci coś, ale obiecaj, że nie zrobisz przez to nic Hidekiemu.
- Nie obiecam, ale teraz już musisz mi powiedzieć.
- No więc... On się cieszy...
- Z czego?

Stawiam, że się już domyślił, ale on chce usłyszeć to ode mnie... Jak już zacząłem mówić to muszę dokończyć.

- Z tego co ci się stało, uważa, że zasłużyłeś.
- Będzie wpierdol. Nie dowie się, że to ty jesteś kablem, zadbam o to.

Trochę źle się z tym poczułem, ale chyba dobrze zrobiłem. Hidekiemu się to należy.

- Dlaczego nie nosisz obroży? - spytałem przypominając sobie o ostatnim incydencie z nią związanym.
- Pan nie zawsze traktuje mnie jak psa. Poza tym, jest już dość zniszczona, a nieprędko dostanę nową.
- Satoru powinien ci kupić. Chyba spełnia twoje zachcianki, nie?
- Nie będę go prosił o obrożę, to on decyduje czy zasługuję na nową.

Az z całą pewnością na nią zasługuje. Ciekawe czy on też tak uważa?

- Ja swoją najchętniej bym wyrzucił - mruknąłem.
- Nieładnie - zaśmiał się - Swoją drogą, dlaczego mówisz na Kou Kou, a nie Pan?
- Nie mam do niego szacunku. Zwracam się do niego tak tylko w jego obecności żeby nie dostać - przyznałem się.
- Jak to nie masz szacunku? To twój Pan - chyba go zszokowałem.
- Jest okropny i nie nadaje się do tego by posiadać psa.
- Nawet jeśli, to musisz go szanować - był śmiertelnie poważny.
- Nie muszę - mruknąłem - Ciebie za to szanuję, chciałbym być twoją własnością.
- Mogę być równie złym Panem co on, albo nawet i gorszym.
- Nie o to mi chodzi. Nie poświęca mi w ogóle czasu i bardzo różnie mnie traktuje. Ja chciałbym żebyś mnie wytresował, tak jak ci się podoba.
- Głupek, nie przeszkadza ci to, że możesz dostać taki wpierdol by nie móc podnieść się później z ziemi, a to, że Pan często zostawia cię samego i cię nie męczy.
- Ja potrzebuję tylko trochę uwagi.
- Nie narzekaj, teraz ją masz.
- Tak, dziękuję.
- Chcę żebyś coś zrobił.
- Słucham, Panie - uśmiechnąłem się.
- Weź smycz, jest w szufladzie pod ladą biurka, przypnij ją do swojej obroży i stań na czworaka, trzymając ją w pyszczku tak, byś się o nią nie potykał.
- Dobrze.

Wstałem i wykonywałem wszystkie czynność krok po kroku. Po chwili stanąłem tak jak chciał. Ciekawe czego będzie ode mnie wymagać. Usiadł na łóżku i mi się przyglądnął. Podobno miał nie wstawać, ale tego nie skomentowałem, choć bardzo chciałem.

- A teraz idź tak na pole i znajdź sobie drzewko. Masz się tam wysikać, ani się waż zmoczyć ubrań, bo cię później nie przytulę.

Tak, a czego ja się niby spodziewałem? On każe mi to robić, bo to rzecz, której najbardziej się wstydzę... Chyba, że istnieje coś jeszcze gorszego o czym nie mam pojęcia. Nagle mnie olśniło.

- Az - mruknąłem wypuszczając smycz z ust, łańcuszek spadł z charakterystycznym dla metalu odgłosem - To jakiś twój fetysz?
- Jeszcze nie doświadczyłeś mojego fetyszu - zaśmiał się podejrzanie - Jak będziesz grzeczny to się tak z tobą kiedyś pobawię, może ci się spodoba.
- A to bezpieczne...? - to dość istotna kwestia.
- Oczywiście, że tak. Nie wiem czy zauważyłeś, ale nie przepadam zbytnio za okaleczaniem i tym podobnymi rzeczami.
- Wydawało mi się, że lubisz się wyżywać na bezbronnych pieskach - mimowolnie się uśmiechnąłem.
- To co innego, chodziło mi bardziej o zabawę z różnymi nożami, żyletkami, igłami... - zamyślił się na moment - Nie, to do mnie nie przemawia.
- Ulżyło mi - zaśmiałem się.
- Mój malutki szczeniaczek powinien już iść na spacer. Wolałbym żebyś nie popuścił mi na podłogę albo co gorsza, na łóżko.
- Przecież ja nie...
- Jeśli Pan coś powie, to znaczy, że ma rację - nie pozwolił mi dokończyć.
- Rozumiem - szybko przeanalizowałem sytuację, jednak do niczego mnie to nie doprowadziło, spojrzałem na niego szukając jakieś podpowiedzi.
- Przeproś i przyznaj mi rację.

No tak. To przecież było bardziej niż oczywiste! Jestem idiotą, że nie wpadłem na to od razu. Wszystko jest częścią tresury, więc będę robił to co mówi.

- Przepraszam, Panie - powiedziałem ze skruchą patrząc mu prosto w oczy - Tak, chciałbym żebyś pozwolił mi wyjść, bo mogę się niechcący... - musiałem się przez chwilę zastanowić na odpowiednim słowem - Załatwić w domu - zarumieniłem się.
- Idź - uśmiechnął się zadowolony.
- Dziękuję, Panie.

Mógłby mnie chociaż trochę pochwalić... W sumie nie wiem czy zasłużyłem sobie na jakiekolwiek pochwały. Jakby nie było to musiał mi pomóc wybrnąć z sytuacji. Gdyby to stało się przy Kou, to pewnie już dostałbym kilka razy w twarz...
Wziąłem z powrotem smycz do pyszczka i wyszedłem. Dziwnie się czułem nie mając Aza u boku. Modliłem się w duchu by nikt mnie nie zobaczył. Gdybym szedł z nim to jest jeszcze jakoś wytłumaczalne, ale tak sam?
Bądź posłuszny Sachi, jedynym o czym powinieneś myśleć jest poprawne wypełnienie rozkazu.
Musiałem przejść przez salon i oni wszyscy tam byli... Zarumieniłem się, odczuwałem niemały wstyd. Nao zaczął się śmiać... Dam radę, jestem dobrym psem. To wszystko dla Aza...
Co? Nie, to dla mnie, uczę się.

- Sachi, nie przesadzasz? - spytał nieco zaniepokojony Satoru.

Nie odpowiedziałem. Kurwa, to jakaś tragedia... Niech się do mnie nie odzywają. Tylko pójdę się wysikać do ogrodu i już mnie nie ma. Chcę być posłuszny, muszę. Po tym jak zawiniłem...

- Zadałem pytanie - zniecierpliwił się.

Stanąłem w miejscu i delikatnie odłożyłem smycz na ziemię. Co ja mam mu niby powiedzieć?! Zabierzcie mnie stąd! Az, gdzie ty jesteś jak cię potrzebuję?!

- Bawię się z Azem - mruknąłem.
- Z Azem? - parsknął Nao - On chyba nigdy nie wychodzi z roli.
- On nie gra, jest taki - sprostował Satoru - Sachi, niezbyt podoba mi się to, że jesteś mu aż tak posłuszny. Jeśli nie chcesz tego robić wystarczy, że mi powiesz.
- Lubie sprawiać mu przyjemność...
- Nazywasz go Panem?
- Tak, ale nie zawsze - spojrzałem mu w oczy.
- Wolałbym żebyś tego nie robił.

Satoru zachowywał się jakoś dziwnie... Coś jest nie tak. Tylko co? Dowiem się tego, wyciągnę z niego wszystko.

- Dlaczego?
- Kou nim jest, nie możesz od tak zmieniać sobie Pana.
- Ale ja chcę...
- Sachi, on jest psem.

Odniosłem wrażenie, że nieskuteczne próbował mnie przekonać do tego bym przestał być posłuszny jego pieskowi. Kiedyś sam chętnie pozwalał Azowi na zabawy ze mną, a teraz nagle mu się odwidziało.
To jest jakieś podejrzane, choć chyba wiem czym spowodowane.

- Mówisz to dlatego, że Kou nie chce bym się z nim zadawał, racja?
- Tak - westchnął - Musisz się podporządkować Panu, przykro mi.
- Nie ma go tu - mruknąłem - Nie będę mu posłuszny.
- Tak nie można - próbował to dalej ciągnąć.
- Najwyżej znowu mnie zleje, trudno. Satoru, proszę, chociaż ty nie zabraniaj mi szczęścia - spuściłem wzrok na ziemię.
- Nie chcę, ale jak tak dalej pójdzie to chyba będę musiał - nie żartował.

O czym on mówi? Chyba nie o tym co wspaniałomyślnie odpierdolił Kou, nie? To nie moja wina, że on jest pieprznięty... Dlaczego muszę obrywać za to co on zrobił...?

- Co jak dalej pójdzie...? - wolałem się upewnić.
- Az stanął w twojej obronie, nie mogę pozwolić na to, by sytuacja się powtórzyła. To mój piesek i dbam o jego zdrowie.
- Przepraszam... - zrobiło mi się przykro.
- Jeśli ci na nim jakkolwiek zależy to odepnij smycz, oddaj mu ją i powiedz, że nie chcesz się z nim dłużej bawić. Tak będzie lepiej. Chciałem żebyś dotrzymał mu towarzystwa, tylko tyle.

Spuściłem głowę, spojrzałem na smycz i z ogromnym żalem ją odpiąłem. Poczułem ścisk w klatce piersiowej. Ja chciałem dobrze... Naprawdę... Dlaczego nic mi nigdy nie wychodzi...? Nawet jak bardzo się staram. Chwyciłem mocniej smycz i wstałem. Dlaczego nie mogę się bawić tak jak chcę? Dlaczego Kou zabrania mi czerpania przyjemności z bycia psem... Dlaczego on mnie krzywdzi? Ja nie chciałem źle... Jestem grzeczny... O co chodzi...?

- No widzisz, dobry Sachi.

Nie odezwałem się. Jak na ścięcie poszedłem do pokoju Aza. Niepewnie wszedłem do środka. Patrzył na mnie lekko zdziwiony i jakby rozczarowany. Bez słowa odłożyłem smycz na biurko i spojrzałem mu w oczy. Zaraz się popłaczę... Czuję się okropnie z tym co muszę powiedzieć.

- Nie zrobiłem tego...
- Widzę właśnie - mruknął - Będę musiał cię za to ukarać.
- Nie - starałem się być pewny siebie.
- Nie? - zaśmiał się - Każde nieposłuszeństwo zostanie ukarane.
- Az, powiedziałem nie.
- Będziesz mi się stawiał?
- Tak, nie, przepraszam - zadrżałem, ale nie ze strachu - Ja już nie chcę... - poczułem zbierające się pod powiekami łzy, choć nie chciałem się rozczulać - Nie chcę się... z tobą... - łza spłynęła mi po policzku, nie byłem w stanie dłużej patrzeć mu w oczy - Z tobą...
- Co się stało?
- Nic - rozpłakałem się.
- Chodź do mnie - wyciągnął rękę w moim kierunku.
- Nie... Nie dotykaj mnie - odsunąłem się o krok, mimo, że i tak nie byłbym w jego zasięgu.
- Przecież cię nie skrzywdzę.
- Ale ja ciebie tak, przepraszam - pisnąłem - Nie będę już więcej twoim psem... - te słowa ledwo przeszły mi przez gardło.
- Nic się nie stało, mówiłem ci już.
- Stało się Az! To przeze mnie! To...!
- Sachi, nie... - przerwał mi, ale nie zdążył dokończyć.
- Zamknij się! Nie widzisz tego?! Kou może dalej próbować się na tobie mścić! To koniec.
- W tym momencie przegiąłeś - warknął.
- No i? - łzy niekontrolowanie ciekły mi po twarzy - Nic mi nie zrobisz, bo nie możesz.
- Wiesz co? - chwilę się zastanawiał - Siadaj - wskazał mi miejsce przed sobą.

Nie wiem dlaczego... ale zrobiłem to czego chciał. Siedziałem ze spuszczoną głową.  Już nie wiem co czułem, było mi tak okropnie źle... Złapał mnie ręką za obrożę, uniemożliwiając ucieczkę. Spojrzałem na niego i zadrżałem, przeszywał mnie wzrokiem.

- Boisz się? - złagodniał.
- Tak.
- Powtórz, że nie będziesz moim psem.
- Ja... - zaciąłem się.

Nie powiem tego... On wie, że kłamałem... Nie jest na mnie zły. Dlaczego? Należy mi się jakaś kara.

- Jestem tresowany, nie gryzę - uśmiechnął się delikatnie.
- Przepraszam... Chcę ci służyć.
- Właśnie. Nazwiesz mnie Panem?
- Tak, Panie - szepnąłem patrząc się w jego oczy jak zahipnotyzowany.
- Będę ostrożniejszy, Kou nic mi już nie zrobi - otarł mi łzy - Obiecuję.
- Dobrze.
- Mój Pan kazał ci to wszystko powiedzieć? - puścił moją obrożę.

Skinąłem twierdząco głową.

- Więc nie mogę cię za to ukarać. Porozmawiam o tym z Panem. Jeśli nie zgodzi się na naszą "przyjaźń", to będę musiał się od ciebie odseparować.
- Nie - pisnąłem - Jesteś jedyną osobą, której teraz ufam - powiedziałem zgodnie z prawdą.
- To miłe, jednak nie ja tu decyduję, a moje prawo głosu jest mocno ograniczone.
- Wiem...
- Ale nie odpuszczę ci tego drzewka - zaśmiał się wesoło.
- Tak - uśmiechnąłem się.

To niesamowite, że on nawet w takiej sytuacji potrafi być pocieszny.

- Przyniesiesz czekoladę?
- Yhm.
- A poprosisz mojego Pana o awamori? - przechylił głowę na bok.
- Alkohol?
- Nie, soczek - odparł sarkastycznie.
- Zamierzasz się samotnie upić?

Coraz mniej podoba mi się ten pomysł... Az nie powinien teraz pić. Nie znam się na tym za bardzo, ale wydaje mi się to mało rozsądną decyzją.

- Czemu od razu samotnie? Nao i Pan są dorośli, nie? - wyszczerzył się.
- Ale... Ja się chcę potulić i pomiziać - zrobiłem słodkie oczka.
- Zapewniam, że po alkoholu nie jestem agresywny - zaśmiał się cicho.
- Będziesz śmierdzieć... A jutro mieć kaca - szukałem argumentów, które mogą go jakoś przekonać.
- Wiem z czym to się wiąże.
- Ale...
- Dobra - przerwał mi - To powiedz mu żeby do mnie przyszedł, sam go o to spytam - nie dawał za wygraną.
- Nie.
- Ja pierdole... Nie rób problemów.
- Nie robię, nie będziesz pił - nabrałem pewności siebie.
- Bardzo śmieszne, jestem dorosły, mogę.
- Nie. Będziesz. Pił - powiedziałem głosem nie znoszącym sprzeciwu.
- Nie jesteś moją matką.
- A ty moim Panem. Szach mat - uśmiechnąłem się triumfalnie.
- Jak w ciągu pięciu minut nie będzie tu mojego awamori to...
- To? - przeciągnąłem to słowo.
- Będzie mi smutno - założył ręce na klatce piersiowej.

Zaraz, zaraz... On powinien mi teraz pogodzić. To nie brzmiało jak groźba.

- No i co dalej? - wyszczerzyłem się perfidnie.
- Jak jestem smutny to chce być sam, a jak chcę być sam to zamykam się w pokoju i nie pozwolam nikomu tu wchodzić.
- Chyba przeżyję.

Tak serio to nie, ale może to kupi.

- No nie - wyjęczał - Jak ty możesz mi to robić?

Kupił.

- Nie dostaniesz alkoholu, więcej razy nie powtórzę.
- Ale dlaczego, mamusiu? - zrobił minę niewiniątka.
- Bo Satoru dał ci antybiotyk, a po nich nie wolno, Pańciusiu.
- Strzelam focha - zaczął mordować mnie wzrokiem.
- Nie jesteś na to za stary?
- Że co? Nie jestem stary - oburzył się.
- No to ile masz lat? Dwadzieścia jeden, dwa?
- Nie musisz wiedzieć.
- Dlaczego? Co to za różnica czy sypiam z pięć czy dziesięć lat starszym mężczyzną?
- Właśnie nie ma żadnej, dlatego nie musisz wiedzieć.
- No proszę... Nikomu nie powiem, obiecuję.
- Dwadzieścia jeden - mruknął niechętnie.

Czyli dobrze myślałem, jest piąty rok na służbie u Satoru. Kiedyś myślałem, że to Hiro spędził dużo czasu w niewoli...
Cieszę się, że powiedział mi o swoim wieku. Czuję, że coraz bardziej się na mnie otwiera i mówi mi coraz więcej. Tak, to zdecydowanie jest dobry powód do radości.

- Dziękuję - uśmiechnąłem się - Przeszły ci fochy, królewno?
- Jak ty się do mnie odzywasz?
- Jak do kolegi. Nie będę się przed tobą trząść ze strachu i uważać na każde słowo.
- Denerwujesz mnie - westchnął.
- Nie bawimy się teraz, nie wiem gdzie ty widzisz problem.
- To dostanę ten alkohol? - powiedział smutno.
- Nie.
- Więc przynieś mi czekoladę i żelki i lizaka i ciastka, tylko takie z czekoladą i poproś Pana żeby mi zrobił galaretkę owocową i chcę też lody, śmietankowe najlepiej i...
- Może wystarczy? - przerwałem mu.
- Mam branie na słodkie jak zdycham, więc nie utrudniaj.
- Zdychasz? - zaciekawiłem się.
- No, tak jakby, ale mi przejdzie - uśmiechnął się.
- Dlaczego ty taki jesteś?
- Jaki? - uniósł jedną brew.
- Upierasz się przy tym, że nic ci nie jest i wszystko jest w porządku, podczas gdy powinieneś zwijac się z bólu i błagać o coś przeciwbólowego.
- Nawet jeśli tak jest, to nie mogę tego pokazać. Muszę być potrzebny.  Po co mojemu Panu pies, który jest tylko zbędnym ciężarem? Nie zrobiłem jeszcze w życiu wszystkiego co chcę.
- Pójdę po słodkie - wywinąłem się od tematu.

Ulotniłem się z jego pokoju i skierowałem się do kuchni. Nadal nie potrafię zrozumieć, jak to jest, że on od tak się ze wszystkim pogodził? A może nie pogodził i tylko udaje? Zacząłem przeszukiwać szafkę ze słodyczami w poszukiwaniu wszystkiego z jego listy. Usłyszałem za sobą czyjeś kroki, ale się tym nie przejąłem.

- Chcesz rozpaczać nad tabliczką czekolady? - zaśmiał się Nao.
- Nie - odpowiedziałem krótko.
- To dla niego?
- Yhm...
- Powiedziałeś to co ci kazał Pan?
- Tak.

Nie mam ochoty z nim rozmawiać... Odpowiadam mu tylko z czystej kultury.

- I on ci się jeszcze pozwala do siebie zbliżyć? - zakpił.
- Jak widać.
- Coś ty mu zrobił?
- Nic, lubi mnie i tyle.
- Niech będzie... - mruknął, chyba był zazdrosny - Tylko nie pozwól mu wyjeść wszystkiego.
- Yhm.

W końcu znalazłem wszystko co chciałem albo raczej co Az chciał. Już miałem wyjść, ale Nao złapał mnie za obroże. Przeszył mnie nieprzyjemny dreszcz. Mam złe przeczucia.

- A ty gdzie? - jego głos stał się lodowaty.
- Do Aza.
- Zostaw wszystko co masz w rękach - rozkazał.

Przestraszony zrobiłem czego chciał. Nerwowo przełknąłem ślinę i odwróciłem się do niego przodem. Mocno oberwałem w twarz. Jęknąłem, nie spodziewałem się tego. Złapałem się za bolący policzek.

- Na kolana przed Panem, psie - warknął.
- Nie.

On zrobi mi krzywdę! Już robi! Az mi teraz nie pomoże... Tylko on mógł to zrobić. Dostałem po raz drugi, po chwili szarpnął za moją koszulkę zmuszając do klęknięcia.

- Wyruchać cię po dobroci czy mam zrobić to siłą?
- Spierdalaj - wstałem.

Chwycił mnie za ramię i pachnął na blat stołu. Poczułem nagły przypływ adrenaliny. Szybko się podniosłem uciekając od zagrożenia, znalazłem się przy wyjściu z kuchni.

- Zostaw mnie - miałem łzy w oczach.
- Ja ci jeszcze nie wsadziłem, to nie fair.
- I nie wsadzisz.
- Piesku, daj mi dupy, ładnie się odwdzięczę.
- Nie, zapomnij - syknąłem.
- Zastanów się, pożałujesz jeśli nie dostanę tego czego chcę - był jak najbardziej poważny.
- Nie.
- Ostatnia szansa.
- Powiedziałem nie.
- Chciałem po dobroci, pamiętaj - zgromił mnie wzrokiem.

Podszedł do mnie, byłem święcie przekonany, że teraz mnie zgwałcił. Nie byłem w stanie się ruszyć. Minął mnie w przejściu... Złapałem za słodycze i niemal biegiem uciekłem do Aza. Wpadłem do jego pokoju i położyłem wszystko na jego łóżku, po czym sam na nie wszedłem i przykleiłem się do niego całym ciałem. Bałem się, byłem okropnie przerażony.

- Nie zostawiaj mnie więcej, błagam - zapiszczałem.
- Sachi - warknął.
- Nao chce się dobrać do mojego tyłka - załkałem.
- Kurwa, zejdź ze mnie!

Odskoczyłem od niego i usiadłem obok. Podwinął nogi pod brzuch, po czym zapał lewą ręką za swoją ranę. Zmarszczył brwi i głęboko odetchnął.

- Przepraszam!
- Yhm... - stęknął - Co zrobił Nao...?
- Chciał mnie zgwałcić...
- To trzeba było mu dać - mruknął.
- Ale...
- Znajdź go, przeproś i spytaj czy jeszcze chce.
- Az...
- Chyba się nie boisz, co?
- Nie - skłamałem.
- Więc zrób to.
- Nie jestem dziwką.
- Jesteś. Pogódź się z tym.

Dlaczego tak mówi...? Nie jestem dziwką... Nie jestem... Nie mogę... No, kurwa, nie!

- Nie rób takiej miny, też jestem zabawką, której zadaniem jest dawanie Panu i każdemu komu każe. Do tego moim obowiązkiem, z którego aktualnie jestem zwolniony, jest zajmowanie się tymi dwoma gówniarzami. To wcale nie jest takie proste, zwłaszcza, że Hideki nic sobie z tego nie zrobi, nawet jak jestem dla niego miły, a czasem naprawdę jestem - mina mu zrzedła - Nawet nie chcę wiedzieć jaki Nao ma teraz syf w pokoju... - zakrył twarz ręką - To będzie cud jak nie trzeba będzie chodzić tam slalomem.
- Jesteś dla nich trochę jak starszy brat.
- Raczej wredny przełożony, który się wszystkiego czepia - zaśmiał się.
- W takim razie, zazdroszczę im takiego szefa - uśmiechnąłem się.
- Tak, tak... Przeproś Nao, szczerze, a później zrekompensuj mu wszystko.
- Muszę...?
- Powinieneś spytać czy możesz iść do niego inaczej niż na klęczkach, wiesz?
- Już będę pamiętał... Mogę iść do Nao normalnie?
- Tak - wyszczerzył się podejrzanie - Na czworaka, to normalne dla piesków.
- Dobrze - spuściłem głowę - Panie...
- Nie mów tak na mnie. Mój Pan nie będzie zadowolony.
- Tak, już nie będę...

Chcę nazywać go Panem... Pragnę tego. Przez ten durny zakaz poczułem się tak, jakbym już nie był godzien pełnić rolę psa. To okropne, całe moje życie jest okropne.

- Rusz dupę, zaraz stracę cierpliwość.

Co jeśli go nie posłucham i nie pójdę do Nao? Raczej nie powinno stać się nic złego...


Skyge

Komentarze

  1. No ja pierdole! Sachi mnie tak wkurwia, że aż mi słabo! A Kou to chuj. A Aza kocham. I mam sporo sympatii do Satoru. I w ogóle i co dalej? 😊

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kou nie zamierzał zrobić Azowi takiej krzywdy, wszystko skończyłoby się dużo lepiej gdyby Sachi nie był taki poryczy.

      To, co będzie dalej pozwolę sobie zataić :3

      Usuń
  2. A jednak to zrobił. Kou zranił Aza... Ale i Sachiego. Tego bym się niespodziewał. Nie lubię scen, w których ktoś umiera, czy coś. Lubię znęcanie się itp. Ale proszę cię nigdy więcej nie rób krzywdy nikomu w ten sposób.
    Już myślałem, że Az da Akiemu karę, gdy przyszedł do niego i powiedział, że już nie chce być jego szczeniaczkiem
    Myliłem się. Uważam, że Az troszkę przesadza ze słodyczami. Ja też je lubię, no ale bez przesady. Wszyscy chyba lubią? :) Na miejscu Sachiego poszedłbym jednak do tego Nao, to rozkaz Aza. Gdy się wkurzy, to może dać Sachiemu karę.
    Rozdział jak zwykle mega super. Życzę duuuużo weny i pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie chciał zrobić tego aż tak dotkliwie jak wyszło.

      Cieszę się, że udało mi się ciebie zaskoczyć.

      Nie mogę obiecać, że nikomu nie stanie się krzywda. Jednak mogę obiecać, że podczas pisania nie ucierpiało żadne zwierze xD

      Sachiemu, nie Akiemu (ty niedobry, tak mylić imiona xD ). Sachi zrobił to co chciał Satoru, więc Az nie mógł zrobić za to nic Sachiemu, zważywszy na to, że były to rozkazy jego Pana.

      E tam, może cukrzycy nie dostanie xD

      Az tak jakby nie jest za bardzo w stanie go teraz ukarać, a kara przesunięta w czasie już nie działa tak dobrze. Sachi jeszcze na pewno spróbuje się trochę porządzić.

      Dziękuję <3

      Usuń
    2. Przepraszam bardzo. Naprawdę ciągle mam w głowie tego Akiego. Chcę napisać Sachi, a piszę Aki. Głupek ze mnie . Postaram się już nie mylić. Jednak gdy będzie napisane Aki, to chodzi mi o Sachiego. Przepraszam. Poprawię się, obiecuję :)

      Usuń
    3. Nie mam ci tego za złe, jestem typem osoby, którą ciężko czymkolwiek zrazić, a obrażenie mnie graniczy z cudem :D
      Człowiek to nie komputer, ma prawo popełniać błędy :3

      Usuń
  3. Myślałam, że Kou zabije Aza, a tu taka niespodzianka. To miłe uczucie gdy twój ulubiony bohater nadal żyje 👌

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Az nie jest jego psem, więc nie miał prawa tego zrobić.
      Dla mnie również jest on numerem 1 :3

      Usuń
  4. skyge
    emmmmmmm
    wow
    i co ja mam ci powiedziec
    ty wiesz co ja mysle ?
    ayami

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "ZA DUŻO AZA, JA CHCĘ KOU! GDZIE JEST KOU!? DLACZEGO ZROBIŁAŚ Z NIEGO TAKIEGO CHUJA?! GDZIE AYAMI?!"

      Hmmm... Wydaje mi się, że coś w ten deseń.

      Usuń
    2. Kochanie czytasz mi w myślach
      hahahahaha
      zapomniłaś o jednym
      niech satoru sie zajmie azem wkoncu
      ayami <333
      więc teraz ładnie opowiedz czemu
      hahaha

      Usuń
    3. Zajmie się nim, nie musisz się o niego tak zamartwiać :3

      Kou jest dość mściwy, był zazdrosny i akurat nadarzyła się mu okazja by móc się za wszystko odegrać. To nie miało się skończyć w ten sposób, Sachi bardzo pogorszył sytuację.

      Usuń
    4. mhhh
      to ja czekam
      a kou sie zajmie sachim by wiedział kto jeste panem
      a ayami upiecze ciasto hahaha
      ayami

      Usuń

Prześlij komentarz