Rozdział 56: Ki_ _ me, please

Az


To miał być zwykły dzień.
Zwykły...
Dlaczego mam odpowiadać za błędy innych?
To nie moja wina.
Dlaczego postanowiłem kryć winowajcę?
Dlaczego te uczucia znowu wróciły?
On powinien zostać ukarany, w najgorszym wypadku pożegnać się z życiem...


◀⧫⧫⧫▶

Szósta rano, a ja jestem już od pół godziny na nogach. W końcu ktoś musi posprzątać po wczorajszym i bez znaczenia jest to, że nawet nie zaprosili mnie do wspólnego pica. Nie wiem kiedy wstanie Pan, jednak lepiej żeby nie zobaczył tego całego syfu. Powoli ogarniałem salon z butelek po piwie i usiłowałem wyczyścić plamy po nim, które były, kurwa, wszędzie. Nie wiem co oni robili, ale ani trochę mi się to nie podoba. W pewnym momencie usłyszałem czyjeś ciche kroki przypominające skracanie się. Byłem pewien, że to Hideki, bo Nao nigdy nie przejmuje się porannym mną. Byłem jeszcze trochę śpiący, więc na razie prawie nie zwracałem na niego uwagi. Tylko na niego spojrzałem, ale wystarczył się i uciekł do kuchni. Nieładnie tak mnie ignorować, zwłaszcza Mnie. Zastanawiałem się czy iść do niego i go opieprzyć, czy może ukarać... albo udać, że nic się nie stało? Nie. On nie zasługuje na żadne ulgi. Wstałem i do niego poszedłem. Na blacie leżał kubek, co oznaczało, że będzie chciał zrobić sobie śniadanie wcześniej. Nie ma nawet takiej opcji. Już zbyt wiele razy unikał wspólnych posiłków. Kiedy mnie zobaczył zaczął drżeć, nie w sposób się nie uśmiechnąć. To dosyć podniecające. Nie, to bardzo podniecające.

- Nie zapominasz o czymś? - celowo spojrzałem na swoje krocze, a później na jego.
- H... Hej... - szepnął cichutko przestraszony.
- Cześć - wyszczerzyłem się - Czemu już nie śpisz?
- Przepraszam - jęknął - Ja tylko... tylko... - ręce bardzo mu drżały.

Zrobiłem krok w jego stronę, odsunął się i oparł o szafkę. Położyłem rękę na jego talii i spojrzałem mu głęboko w oczy.

- Powiedz dlaczego - wymruczałem niższym tonem.
- Obudziłem się i nie mogłem już zasnąć - odpowiedział w miarę spokojnie.
- Dobry chłopiec.

Na jego twarzy pojawił się delikatny uśmiech, który chciał powstrzymać. Przeleciałbym go w nagrodę, ale Pan mi jeszcze nie pozwolił się zabawiać.

- Zawsze masz się witać, tak?
- Tak...
- Dlaczego tego nie zrobiłeś?
- N... Nie wiem.
- Jak myślisz, który to już raz? - wyszeptałem.
- Piętnasty...? - spytał niepewnie.
- Siedemnasty - poprawiłem go - Więc ile pasów za to dostaniesz?
- Sto siedemdziesiąt... - spuścił głowę.
- Tak, sto siedemdziesiąt mocnych, bolesnych pasów.
- Przepraszam, Az... Ja nie chciałem - miał łzy w oczach.
- Chodź, oboje poczujemy się lepiej, prawda? - przesunąłem dłoń na jego pośladki.

Pozwoliłem mu iść przodem. Niech zna moje dobre serce. Mógłbym czekać do wieczora, a tak nie będzie o tym myślał przez cały dzień. Poza tym... Robię to dla niego, nie dla swojej satysfakcji.
Hideki bezgłośnie rozpłakał się po drodze. Zapragnąłem się wycofać, choć nie z jego powodu. Mam gdzieś czy będzie go bolało i jak on to przetrwa. Pytanie brzmi: czy JA dam radę...? Przy zwykłym poruszaniu się, czuje ostre rwanie w boku. Jak będę chciał go mocno uderzyć to w grę wchodzi więcej mięśni niż tylko te ręki. Albo szybko wymyślę zamiennik tej durnej kary albo przerwę w trakcie i narobię sobie wstydu.
Jak na złość nic nie przychodziło mi do głowy. Kurwa, jak nie trzeba to mam miliony pomysłów. Przez chwilę zastanowiłem się nad tym co miałem zafundować Sachiemu, ale stwierdziłem, że dla Hidekiego to żadna kara. Co do Tego, ma podobny gust do mnie.
Kurwa, co te...
Wiem.
Jestem genialny!

- Czekaj - złapałem go za koszulkę zmuszając do stanięcia w miejscu, po czym odwróciłem go do siebie przodem - Zrobisz za mnie śniadanie i kolację, pomożesz mi w objedzie, posprzątasz w domu na błysk, zrobisz pranie, umyjesz samochód i będziesz dziś wyjątkowo grzeczny. To wszystko zamiast lania, co ty na to?

Skinął twierdząco głową, przez cały czas patrzył na mnie w niedowierzaniu. Ja też nie wierzyłem we własne słowa.

- Jak złamiesz którąkolwiek część umowy, to będzie wpierdol, zrozumiałeś?
- Tak - głos mu zadrżał - Dziękuję - dodał szeptem i odwrócił wzrok.

Zwykłe, proste słowo, które powoduje uśmiech na twarzy. Pogłaskałem go po głowie i prawie pocałowałem. Właśnie... Prawie. Zapomniałem się, ale w porę powstrzymałem. Jeszcze nie zdążył skapować co chciałem zrobić. Mam ostatnio jakieś dziwne odchyły od swojej osobowości. Martwi mnie to... Chyba znam tego źródło i w ogóle mi się to nie podoba. Jeśli coś się nie zmieni, będę zmuszony z tym skończyć. Niedobrze...

- Możesz iść - powiedziałem łagodnym tonem.

Skinął głową, a po chwili już go nie było. Zmył się tak szybko jak było to możliwe. To się zmieni za kilka miesięcy, już nie będzie się bał. Starach zastąpi szacunkiem, na razie jest z nim w miarę w porządku. Ostatnio bardziej się na nim skupiam i widzę, że ma potencjał na uległego. Cieszy mnie, kiedy widzę, że ktoś dzięki mnie robi postępy. Kogo by nie cieszyło? Skoro nie muszę się już sprężać, by wszystko zrobić na czas, mogę się nieco odprężyć. Należy mi się. Wróciłem do swojego pokoju i włączyłem telewizor. Przeleciałem wszystkie programy, ale nie znalazłem nic interesującego, więc po chwili irytacji wyłączyłem go. Wziąłem laptopa z nadzieją na jakieś zajęcie.
Znalazłem je. Pisałem ze swoją internetową znajomą, z którą przez dłuższy czas nie miałem kontaktu. Wiele się wydarzyło, więc przez dwie godziny nie oderwałem wzroku od monitora, a palców od klawiatury. Pisałbym z nią dalej, jednak pora na śniadanie jest ważniejsza. Jak nie przyjdę na czas, będę siedział głodny. Zwlokłem się z łóżka i się przeciągnąłem.
Znaczy, chciałem się przeciągnąć.
Poczułem jakby niektóre tkanki, które niedawno zdążyły się połączyć na nowo, szlag trafił.
Cicho syknąłem i niepewnie podniosłem koszulkę do góry. Chyba było ok... Szwy nietknięte, to najważniejsze.
Poszedłem do kuchni, okazało się, że byłem pierwszy. Pan i Nao pewnie mają kaca, więc się nie dziwię. Hideki bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. Może nie był to szczyt wykwintności, ale jak na niego to i tak coś. Zrobił jajecznicę z mnóstwem pysznych dodatków i tosty. Wszystko ładnie pachniało i aż prosiło się o zjedzenie. Już miałem sięgnąć po ulubioną filiżankę, ale wtedy podał mi kawę, właśnie w niej. Nie wiem czy naumyślnie chciał mi się podlizać, na razie mu to wychodziło.

- Dzięki - uśmiechnąłem się delikatnie i usiadłem do stołu.

Dla mnie czymś naturalnym było podziękowanie. On wyraźnie się tym przejął, w dobrym tego słowa znaczeniu.

- Dokończyłeś sprzątać w salonie? - zmieniłem temat.
- Tak - odpowiedział cicho.
- Chcę to zobaczyć - zaśmiałem się.

Przestraszył się. Wiem dlaczego, ale nie sądzę by mógł zrobić coś nie tak. Wstałem i korzystając z tego, że nikt inny jeszcze do nas nie dołączył przeszedłem się do wyżej wymienionego pomieszczenia.
Nie zawiodłem się. Nigdzie nie było plam, w stole mogłem się przejrzeć, a wszystkie inne rzeczy, nawet nie związane z ich wczorajszymi wybrykami, były poukładane od linijki.
Wróciłem do niego ze szczerym uśmiechem na ustach. Przez chwilę patrzył na mnie wyczekująco, jednak odwrócił wzrok. Na początku chciałem go trochę postraszyć, ale z tego zrezygnowałem, wpadając na inny, lepszy pomysł.

- Grzeczny, piesek - pochwaliłem go.
- Dziękuję...

Wziąłem się za jedzenie, nigdzie mi się nie śpieszyło. Nie miałem zamiaru czekać na tamtą dwójkę, za czas w jakim by tu dotarli zdążyłoby mi to ostygnąć pięć razy.

- Siadaj, zjedz ze mną.
- Ale... Pan... - zaczął niepewnie.
- Hideki, zjedz ze mną - powtórzyłem.

Usiadł na swoim miejscu, na przeciwko mnie i wlepił wzrok w jedzenie. Zaburczało mu w brzuchu, jednak tego nie tknął.
Być skurwielem czy nie... Ciężka decyzja. Aby trzymać się planu... może coś pomiędzy?

- Mam to powtórzyć jeszcze raz, szmato? - warknąłem.

Zadrżał, był przerażony. Nic nie zrobił, był uparty jak osioł. Nie dość, że w tym momencie bał się mnie, to jeszcze Pana, bo on normalnie nie pozwala jeść śniadania bez jego obecności.

- Głuchy jesteś, pierdolony cwelu? Chcesz żebym marnował swój czas na takie ścierwo jak ty? Twoja egzystencja jest dla mnie nic nie warta, więc rób co mówię albo przyjmij do wiadomości, że inaczej długo tu nie zabawisz.

Zaczął wolno jeść. Po chwili jednak dokładnie przetrawił moje słowa i nie mogąc dłużej wytrzymać, bezgłośnie załkał. Wiem, że boli, ale musiałem. Takie życie. Inaczej byś się mnie nie słuchał.

- Przepraszam - chlipnął.
- Przynajmniej to potrafisz, kurwo - wyszczerzyłem się perfidnie.
- Przestań... proszę - rozpłakał się jeszcze bardziej.
- Jeszcze raz i się zdenerwuję.

Nie odzywał się więcej, za mocno na niego nacisnąłem. Spokojnie, to jeszcze dzieciak... Ja też jakoś zaczynałem... z tą różnicą, że od razu wszystko zaakceptowałem i raczej się nie stawiałem. Bardzo się zmieniłem od tamtego czasu, wtedy nawet nie dopuściłbym do siebie myśli, że mam jakiekolwiek szanse na zostanie dominem. Jak byłem młodszy i dostawałem pozwolenie na pocałowanie Pana, to już wydawało mi się być czymś niesamowitym. Nigdy nie zapomnę jak pierwszy raz zapytał się mnie, jak się chcę bawić. Najpierw byłem mocno zszokowany, a później zacząłem mu wymieniać wszystko po kolei szczerząc się przy tym jak debil. Samo to, że mogłem o czymś zdecydować było piękne. Teraz mówię i mam, dlatego nie nadużywam tej opcji.

- Co lubisz w bdsm? Konkretnie - spytałem z ciekawości i wróciłem do jedzenia - Nie ma odpowiedzi "nic" ani "to co mój Pan" - dodałem.
- Chyba trochę to, że nie muszę o niczym myśleć... - zarumienił się - Ufam mu...
- A mi?
- Średnio - szepnął.
- Rozumiem, jeszcze za wcześnie.
- I jeszcze kilka innych rzeczy, o których już wiesz - mruknął.
- Gwarantuję ci, że przekonasz się do wszystkiego z czasem.
- No nie wiem...
- Serio - uśmiechnąłem się - Jeśli tylko zrozumiesz, że to nic złego, a od tego miejsca już niedaleko do polubienia czegoś.
- Co lubisz? - spytał bardzo niepewnie i z obawą.

Zdziwiło mnie pytanie z jego strony. Po tak krótkiej rozmowie, zaczął robić się odważny. Chce mi się jeszcze prowadzić tą konwersację? W sumie...

- Wszystko - odparłem wesoło - Najbardziej piss i chłostę, no i całą tą otoczkę. Samo to, że ktoś może zrobić ze mną co mu się podoba jest piękne.
- Ty... Tak całkiem na dole...? - spojrzał mi w oczy.
- Tak, uwielbiam to.

Chyba "znormalniałem" w jego oczach. Miał mnie za bezdusznego sadystę, teraz też, z tą różnicą, że wie, że mam też inną stronę.

- Chodź do mnie - poklepałem swoje kolano.

Zamarł w bezruchu. Jego oczy mówiły mi wszystko. W środku był roztrzęsiony. Im szybciej się przyzwyczai do mojego dotyku tym lepiej. Musi wiedzieć, że kontakt ze mną nie oznacza tylko nieprzyjemności.

- Hideki - wyszczerzyłem się.
- N... Nie...
- Jak Pan do ciebie mówi? - zamyśliłem się - A tak, „nusiu”, chodź tutaj.
- Nie mów tak... - pisnął.
- Szmata chce mi rozkazywać, niedorzeczne. Miałeś być grzeczny.

Głupi dzieciak. Tylko ja mogę się tu rządzić.
Był zły, ale nie na mnie, na samego siebie. Wstał i do mnie przyszedł. Usiadł mi na kolanach i specjalnie oparł się mnie tak, by mnie bolało. Udałem, że nie zauważyłem co robi i odpłaciłem mu się pięknym za nadobne - przytuliłem go.

- C... Co robisz...?
- Tulę cię, nie widać?
- Ale...
- W porządku - delikatnie go pogłaskałem.

Po chwili poprawił się nieco, przynosząc mi sporą ulgę. Rozluźnił się i przymknął oczy. To było... Urocze?
Ja to pomyślałem?
Kurwa, ale wstyd.
Dobrze, że nikt poza mną się o tym nie dowie. Chyba zakopałbym się pod ziemię gdyby ktokolwiek mógł poznać moje myśli.
Usłyszałem czyjeś kroki, jednak nie potrafiłem określić do kogo należały. Dla mnie to i tak było bez większego znaczenia. Chociaż dla niego chyba miało, bo jego twarz pokryła się większym rumieńcem.

- Wstydzisz się mnie? - spytałem rozbawiony.
- Nie, tylko… to coś nowego - szepnął.
- Nowego? To Ty nigdy nie dajesz się dotknąć i uciekasz do Pana.
- Możesz zrobić mi krzywdę…
- Mogę, ale zastanów się czy zrobiłem i czy robię ją w tym momencie.

Nie odezwał się. Musiało coś do niego dotrzeć, nie wierzę, że nie.

- Co robicie? - zaśmiał się Pan - Sachi już ci nie wystarcza w roli pupilka?
- Wystarcza, Hideki nie ma takich predyspozycji.
- Ładnie to tak okrutnie go ranić?
- Nie lubię kłamać, Panie - uśmiechnąłem się.
- Hideki, możesz od niego iść jak chcesz.

Poluzowałem swój uścisk, bo wiedziałem, że pójdzie. Z łatwością wyzwolił się z moich objęć, jednak wyglądał jakby robił to niechętnie. Takie przymilanie się ma spore plusy. Jak tak dalej pójdzie, będzie skakał wokół mnie jak Sachi. Bardzo podoba mi się ta wizja. Usiadł na swoim miejscu i w ciszy analizował sytuację, rumienił się coraz bardziej.

- Az, mógłbyś wymyślić coś kreatywniejszego do jedzenia. To nie w twoim stylu.
- Bardzo nie w moim, bo nie ja robiłem.
- No proszę, chyba coś z niego będzie.
- Co będzie, Panie…? - odezwał się Hideki.
- Piesek. Dobrze, że w końcu się otwierasz, to ułatwi sprawę.

Pan zjadł śniadanie, a później dopiero przyszedł Nao. Nie wiem ile wczoraj wypił, ale to był kac gigant.

◀⧫⧫⧫▶

Wszystko było bardzo w porządku, aż za bardzo.
No właśnie i tu zaczynają się schody…
Dochodziła szesnasta. Grzecznie siedziałem w swoim pokoju i nie robiłem nic ciekawego. Ktoś zapukał do moich drzwi. Westchnąłem cicho i poszedłem otworzyć.

- Spierdalaj Nao - warknąłem przekonany, że to on.
- A… Az…

Hideki? Kurwa, o co chodzi? Wygląda jakby ducha zobaczył. Chyba nie przez mnie, nie?

- Słucham, nusiu - wyszczerzyłem się.
- Przepraszam… Błagam wybacz - padł przede mną na kolana - To był wypadek.
- Co się stało?
- Ja… Chciałem zrobić pranie, jak prosiłeś i… i… - pociągnął nosem.

Złapałem go za włosy i wciągnąłem do środka. Zamknąłem drzwi. Przestraszył się jeszcze bardziej. Miał czego. Jeśli coś spierdolił... Kurwa!

- Co zrobiłeś? - warknąłem.
- Zafarbowało… wszystko… na różowo…
- Zajebie cię. No, kurwa, już nie żyjesz - uderzyłem go w twarz - Co tam było?
- Głównie ubrania Pana - pisnął.

Nie, nie, nie! Kurwa, nie! Co ja mu powiem?!
Spokojnie… Na pewno coś da się zrobić.

- Posłuchaj, nie wiem jak on na to zareaguje, ale o życie to możesz się już martwić. Co puściło farbę?
- Spodnie… czerwone.
- Moje?
- Tak…

Ja pierdolę, jest gorzej niż myślałem. Przeszedłem się po pokoju, intensywnie szukając wyjścia z sytuacji.

- Ani waż się płakać - warknąłem, kiedy zobaczyłem, że już mu się na to zbiera.

Skinął głową, po czym spojrzał mi w oczy. Był cholernie wystraszony, widocznie miał pustkę w głowie. Ja miałem cały plan działania, który prawdopodobnie uszczęśliwi nas obu.

- O niczym nie wiesz, jasne?
- Co?
- Nie byłeś tu, nie rozmawiałeś ze mną i nie ty robiłeś pranie.
- Ale…
- Bez dyskusji, jeśli sam się nie wkopiesz to jesteś całkowicie bezpieczny.
- Dobrze… - spuścił głowę - Dziękuję.
- Teraz wynoś się zanim zmienię zdanie.

Bardzo szybko wstał i wyszedł.
Kurwa! Co ja robię?! Obiecałem sobie, że więcej nie będę się podkładał i prowokował!
Usiadłem na łóżku i zakryłem twarz rękami. Pan będzie wściekły, a mi będzie cholernie przykro, choć nic nie zrobiłem.
Będzie dobrze, czego ja już nie robiłem? Co może się stać? Wyprawi mi kazanie, ewentualnie trochę pokrzyczy.
Po paru minutach wybrałem się do łazienki i wyciągnąłem resztę prania z pralki do miski. Wszystkie ubrania były w plamach… Poszedłem z nimi do pokoju Pana. Otworzyłem drzwi, jak zawsze, bez szczególnych przyzwoitości.

- Panie, przepraszam - powiedziałem z udawaną skruchą w głosie.
- Az, co ty…? - patrzył z niedowierzaniem na to, co trzymam w rękach.
- W pośpiechu, przez przypadek wrzuciłem czerwone spodnie.
- Ty sobie jaja robisz - wstał.
- Naprawdę mi przykro - spojrzałem na niego z miną zbitego szczeniaka i uklęknąłem.
- Przebolałem to, że zadajesz się z Sachim, to, że za bardzo się rządzisz, a nawet to, że bezkarnie dobierasz się do moich zabawek, bez mojej zgody i kiedy ci się tylko podoba, ale tym razem przegiąłeś - mocno uderzył mnie w policzek.
- Wiem Panie, przykro mi - delikatnie złapałem się za bolące miejsce.
- Ukarzę cię.
- Tak, Panie, dziękuję. To się już nie powtórzy, obiecuję.
- Za piętnaście minut widzę cię w piwnicy i dobrze radzę, nie spóźnij się.
- Oczywiście.

Wyszedł, a ja zaraz za nim. Jak tylko zniknął z mojego pola widzenia zacząłem się cieszyć jak głupi. Na pewno mnie zwiąże i zleje i zgwałci! Będę w siódmym niebie!
Zawiódł się na mnie… To nic, raz na jakiś czas każdemu może się zdarzyć.
Mój tyłek domaga się porządnej chłosty. Takiej, żebym nie mógł później siąść.
O tak…
Mmm…

Na miejscu byłem przed czasem. Postanowiłem, że nie będę udawał, że mi smutno. Przecież zawsze otwarcie mówiłem i pokazywałem jak bardzo to uwielbiam. Gdy tylko zszedłem na dół, rozebrałem się do bielizny i czekałem na Pana klęcząc. Z podekscytowania serce waliło mi jak oszalałe.
Przywitałem go z uśmiechem na ustach. On nie był ani trochę zadowolony.

- Nie będzie przyjemnie - przeszył mnie wzrokiem.
- Ufam ci, Panie.
- Dziś cię skrzywdzę.
- Nigdy mnie nie skrzywdziłeś, Panie, ufam ci - mina nieco mi zrzedła.
- Az, kotku, mówię poważnie.
- Ale, Panie… Ja przecież… - zacząłem się niepokoić.
- Ty co?
- Nie wierzę, że możesz mnie skrzywdzić…
- Mogę, zawsze mogłem.
- Rozumiem, Panie.
- Połóż się na stole, na plecach.

Wstałem i powoli wykonałem polecenie.
Skrzywdzi mnie? Nie.
Jakby miał to zrobić?
Wziął nożyczki, spirytus i nóż.
Co mi zrobi? Dlaczego? Jestem niewinny… Chyba już nie chcę tu być...

- Nie zwiążę cię, będziesz bardziej cierpiał.

Oświeciło mnie… On mi rozwali tą szramę i obleje spirytusem. Ja się przy tym skończę. Później mi pomoże, prawda? Nie zostawi mnie tak?! Bałem się o swoje życie.

- Proszę, zwiąż mnie, Panie.
- Nie.

Zakryłem twarz rękami. Tylko to dawałoby mi stuprocentową gwarancję, że nie zostawi mnie samego. W co ja się wpakowałem?! Przez palce zauważyłem, jak wziął do ręki nożyczki. Jakoś automatycznie moja dłoń powędrowała na ranę w celu osłonięcia jej.

- Az, zabierz ręce.
- Proszę, zlej mnie, Panie. Pięćset pasów, błagam.
- Weź. Ręce.
- Tysiąc…?

Dostałem w twarz i zabrałem rękę. Złapałem się za krawędź stołu, a drugą nadal zakrywałem twarz. Poczułem jak przeciął jeden ze szwów. Ból był ogromny, wszystko w środku mi się rozrywało. Przeciął następny, który był po przeciwnej stronie. Cicho pojękiwałem, choć wolałbym cierpieć w ciszy.
Robił tak z każdym, dopóki nie zostawił dwóch głównych, ledwo już się trzymających. Było dużo krwi… To dopiero początek zabawy. Cudem powstrzymywałem się przed zerwaniem się z miejsca.

- Boli?
- Tak, Panie - odpowiedziałem spokojnym tonem patrząc mu w oczy.

Szybko przeciął pozostałe szwy, a ja wydałem się na całe gardło.
Boli!
Dosyć!
Niech przestanie!
Kurwa, umrę!
Miałem wrażenie, że ze szramy zrobiła się fontanna krwi. Tak szybko płynęła…
Nie płakałem. Nie miałem potrzeby, nie jestem słaby.
Pan delikatnie ciągnął za moją skórę po obu stronach rany, rozrywając ją jeszcze bardziej. Katował mnie.
Nie krzywdził. On mnie nie skrzywdzi. Nigdy tego nie zrobi.
Boli, nie wytrzymam. Błagam, dość…
Chcę stracić przytomność. Dlaczego nie mogę?!
Nie chcę, nie wytrwam do końca.
Bardzo boli…
Ja tu cierpię… Proszę, ktokolwiek...
Panie, kocham cię. Pomóż mi.
Panie, proszę…
Panie, boli… Już nie mogę… Błagam…
Panie…
Nagle moim ciałem wstrząsnął ból o jakim mi się nie śniło. Nie byłem w stanie krzyknąć. Sparaliżowało mnie.
Płakałem. Jedyne co mogłem, to płakać. Za coś, czego nie zrobiłem.
Cierpiałem. Bardzo. Nikt mi nie pomagał.
Panie, proszę. Pomocy…

- Az, wychodzę. Możesz ze sobą skończyć jeśli chcesz.

Nie byłem w stanie odpowiedzieć. Usłyszałem tylko jak zamykają się drzwi. Pan mnie już nie chce…
Chce, żebym się zabił.
Panie, gdzie jesteś?
Panie… Ja cię kocham…
Panie, proszę, pozwól mi żyć.
Straciłem bardzo dużo krwi. Byłem zbyt słaby żeby wstać. Ledwo podniosłem już rękę. Ostatkiem sił namacałem palcami nóż. Specjalnie mi go zostawił… Zrzuciłem go na ziemię, żeby Pan wiedział, że chcę dalej dla niego żyć. Bo tylko dla niego żyję.
Nie mogę się zabić, nie tchórzę. Nie mogę tu zdechnąć jak pies. Sam się nie podniosę. Niech ktoś mi pomoże…
W swoim mniemaniu leżałem już bardzo długo, jednak nikt nie przychodził…
Chcę do Pana… Do mojego Pana.
Czułem się źle, byłem bliski odpłynięcia. Wiem, że mogę się już nie obudzić. To tak bardzo boli… Nic nie zrobiłem… Ja byłem grzeczny. Chciałem tylko obronić Hidekiego… Tylko obronić. Nic więcej.
Jestem dobrym człowiekiem. Chciałem tylko pomóc. Dlaczego nikt nie pomoże mi?
Przymknąłem oczy. Mój mózg wygenerował obraz twarzy Pana, uśmiechniętego. Sam się uśmiechnąłem. Jeśli on jest teraz szczęśliwy, to ja też taki będę. Będę się uśmiechał. Tak jak zawsze, sztucznie. Dla Pana. Chcę, żeby widział, że jestem mu wdzięczny. Podarował mi życie, więc ma prawo je odebrać. Jeśli tylko zechce. Jeśli tylko powie… Ja zrobię wszystko.
Ból nagle odpłynął. Ogarnęła mnie ciemność. Nie mogłem się już sam obudzić. Było za późno.

Chciałem dobrze.
Jestem dobry.
Uśmiecham się jak dobry piesek
Dla Pana jestem dobry.
Kocham swojego Pana, bo jestem dobry.
Dobry.

Zły pies.
Kłamię.
Oszukuję.
Gram.
Znęcam się nad słabszymi.

Kara mi się należy, za to wszystko…
Wybaczysz mi, Panie?




Coś zaczynałem czuć… Takie delikatne kłucie, gdzieś w brzuchu. To uczucie stawało się silniejsze z każdą kolejną chwilą. Nie chciałem, żeby bolało. Już dość się wycierpiałem. W mojej głowie zaczynało świtać co się stało. Pan mnie nie skrzywdził. Nigdy tego nie zrobi, bo nie wiem jak wygląda krzywda.
Ruszyłem głową na bok, chciałem przetrzeć oczy, ale nie mogłem podnieść ręki. Chyba ktoś za nią trzymał albo to ja byłem zbyt słaby.
Żyję? Może to podświadomość robi mi takie schizy?
Przesunąłem prawą rękę na swój bok i dotknąłem szwów, nie czułem na skórze palców. Tak jakby tamta cześć była znieczulona… Była? Ale przecież coś bolało.
Otworzyłem oczy, pierwszym kogo zobaczyłem był Pan. Stał naprzeciwko mojego łóżka i patrzył niewidzącym wzrokiem w przestrzeń za oknem. Uśmiechnąłem się na jego widok. Chyba nie był w humorze. Nie chcę go dłużej denerwować, bo z mojego powodu taki jest, czuję to.

- Panie - szepnąłem cicho.

Jakby zerwał się słysząc mój głos. Spojrzał w moją stronę i uśmiechnął się smutno. Dlaczego był smutny? Miałem umrzeć? Wtedy by się uśmiechał? Więc dlaczego tu jestem? Po co mnie uratował? Nie rozumiem, chcę żeby był szczęśliwy.

- Przepraszam, nie chciałem mdleć.
- Wiem.
- Nie mogłem wstać, Panie. Chciałem do ciebie iść, ale nie mogłem.

Nie odpowiedział. Nie patrzył już w moją stronę. Zrobiłem coś nie tak?

- Pogłaszczesz mnie, Panie?

Tak naprawdę chciałem tylko, żeby przy mnie był.
Nie podszedł do mnie.

- Panie…?
- Nie - przybrał chłodny ton głosu.
- Dobrze.
- Az, nie jesteś mi potrzebny, ale trzymam cię nadal z kilku powodów. Jeśli chcesz zawsze możesz odejść, masz prawo do wolności.
- Panie, ja żyję tylko dla ciebie. Dopóki mogę ci służyć, jestem szczęśliwym… - zastanawiałem się nad odpowiednim słowem - Człowiekiem.
- Ostatnio byłeś zazdrosny o tego szczeniaka, proszę bardzo, masz taką samą możliwość.

Chodzi mu o wolność? Nie chcę wolności, chcę Pana. Mój mózg musi się trochę rozgrzać... średnio dociera do mnie sens jego słów. Jeśli jestem dla niego ciężarem, mogę iść do pracy, dokładać się do rachunków i zwykłych, codziennych wydatków. Jeśli o to chodzi, to nie jest żaden problem.

- Nie skorzystam. Nawet gdybyś miał mnie karać w ten sposób codziennie, wiernie trwałbym przy tobie.
- Poczekaj, bo się wzruszę - zaśmiał się.
- Chciałbym żebyś mnie pocałował.

No podejdź do mnie i pozwól poczuć mi się złudnie kochanym. Cokolwiek...

- Az, nie.
- Dlaczego?
- Bo nie.
- Proszę, Panie.
- Hideki mi wszystko powiedział.

Jest o to zły, czy zmienił temat? Nie wiem.
Az! Myśl do cholery jasnej!

- Ostatnio się przełamuje, ma potencjał. Nie chciałem by przez to…
- Tak, wiem - przerwał mi - Domyśliłem się.
- To moja wina, ja kazałem mu to zrobić - próbowałem się wytłumaczyć.
- Nic mu nie zrobię.
- Cieszę się.

Powoli podniosłem lewą rękę do góry, zauważyłem, że mam wbite dwa wenflony, jeden na nadgarstku, a drugi w zagięciu łokcia, do niego była podłączona kroplówka. Jeszcze więcej igieł, jak ja się cieszę... ehhh... A po co mam dwa? Chyba jeden by wystarczył, nie?

- Moje życie należy do ciebie, Panie - powiedziałem z uśmiechem na ustach.
- Dopóki śmierć nas nie rozłączy.
- Przysięgam miłość, uczciwość i wierność.

Satoru zaczął się cicho śmiać. Zawsze chciałem powiedzieć te słowa... Zgaduję, że więcej okazji nie będzie.

- Panie, proszę, kochaj się ze mną.
- Głupi jesteś?
- Tylko delikatnie i nic mi nie będzie.
- Az, to nie jest dobry pomysł.
- Proszę, Panie.

Westchnął i do mnie podszedł. Rozczochrał mi włosy. Wtuliłem się w jego rękę, więc jej nie zabrał.

- W nocy - uśmiechnął się ciepło.
- Dziękuję, jesteś wspaniały.
- Ty również. Nie boisz się? - zdziwił się.
- Nie, Panie. Dlaczego miałbym?
- Dotkliwie cię skrzywdziłem.
- Ukarałeś mnie tak jak na to zasłużyłem. Nie mam się czego bać.
- Cieszę się, że tak sądzisz.

◀⧫⧫⧫▶

Nastał mój upragniony wieczór. Czułem się już lepiej, byłem w stanie wstać o własnych siłach. Pan stwierdził, że nie potrzebuję już żadnych dodatkowych leków i mam tylko uważać na ranę. Nao oczywiście miał ze mnie bekę, a Hideki... po części też, ale mocno obwiniał się o to, co mi się stało. Nawet sam z siebie się do mnie zbliżył i spytał czy nie jestem zły. Nie byłem. Chciałem, to mam. Dla rozluźnienia atmosfery, na żarty spytałem czy chce, żebym się z nim ostrzej zabawił w ramach zadośćuczynienia... a ten się zgodził. Nie narzekam. Teraz przynajmniej nie będzie za nim chodziło poczucie winy. Jak tylko w miarę zagoi się, co ma się zagoić, to zaciągnę go do swojego ulubionego pokoju i pobawimy się tak, jak on lubi.
Odpowiednio przygotowałem się do obiecanej zabawy i teraz tylko czekałem na Pana. W między czasie się przebrałem. Założyłem koronkowe, wściekle czerwone stringi, białe spodnie z dziurami i pastelowo niebieską prawie całkowicie prześwitującą koszulkę. Chciałem jeszcze zapiąć obrożę, ale zrezygnowałem. Pan raczej nie chce, bym ją nosił. Zasunąłem rolety i włączyłem relaksacyjną muzykę dla klimatu. Później pościeliłem łóżko, zapaliłem kilka świeczek i wyperfumowałem się ulubionym zapachem Pana. Chcę żeby podobało się nam obu. Nie musiałem się nawet pobudzać, bo od samego myślenia miałem namiot w spodniach.
Usiadłem na łóżku i ze zniecierpliwieniem wpatrywałem się w drzwi.
Przez myśl mi przeszło, że mógł mnie oszukać. Tylko po to, żebym przestał go męczyć…
Jednak! Moje wątpliwości rozwiały się gdy ujrzałem go w progu drzwi.
Ostrożnie wstałem, podszedłem do niego, a on objął mnie w pasie i pocałował. Natychmiast pogłębiłem pieszczotę wsuwając spragniony język do jego ust. Delikatnie pchnął mnie do środka i zamknął drzwi. Teraz jedyne światło w pokoju dawały świece. Zachłannie go całowałem i mimo, że znałem każdy zakamarek jego ciała, dotykałem go wszędzie, tak jakbym próbował poznać go na nowo. Zszedłem z pocałunkami niżej, na jego szyję. Zrobiłem mu malinkę, jedną, bo wiem, że za nimi nie przepada. Po chwili osunąłem się na kolana i rozpiąłem mu spodnie. Pogłaskał mnie po policzku. Spojrzałem w górę, jednocześnie pozbawiając go dolnej części garderoby. Miał łagodny wzrok. Nie dominował, a ja nie byłem uległy. Dotknąłem jego penisa we wzwodzie. Przeprowadziłem po nim kilka razy ręką i pocałowałem. Powoli przesuwałem po nim swoim językiem, muskałem wargami. W końcu wziąłem do ust, do końca. Był głęboko w moim gardle. Ssałem go przez moment, później odsunąłem głowę i oblizałem się. Tak bardzo tęskniłem. Leniwie obciągałem, odnosiłem wrażenie, że robię to bardziej dla siebie niż dla niego. Było mi tak dobrze… tak cudownie. Ciągnąłem i ugniatałem jego jądra, na początku subtelnie i czule, później coraz mocniej. Też potrafił jęczeć i wzdychać. Tylko pod moim dotykiem pokazywał swoje prawdziwe oblicze.

- Chodź do mnie - szepnął.

Wstałem, przytulił mnie. Trochę bolało, ale nie powiedziałem mu o tym. Ściągnął mi koszulkę i pocałował mnie krótko. Zaczął drażnić ręką mój sutek. Westchnąłem i odchyliłem głowę do tyłu, mój oddech przyspieszył. Nie mogłem przestać się uśmiechać. Nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Kreślił językiem skomplikowane wzory na moim torsie. Nie wiem kiedy rozpiął mi spodnie, nie wiem kiedy zaczął robić mi loda.
Robił.
Miałem wrażenie, że zaraz trysnę mu w usta.
Trysnąłem.
Sperma ściekała mu po brodzie. Gorąco, cały drżałem z podniecenia. Chciał wstać, ale go powstrzymałem. Klęknąłem i zlizałem białą substancję. Pocałował mnie, a ja miałem ochotę rozpłakać się ze szczęścia. Wszystko było takie cudowne, zacząłem obawiać się, że to tylko zwykły sen, po którym obudzę się cały mokry. Czułem wyraźny ból, więc chyba nie śniłem.

- Kocham cię - szepnąłem drżącym głosem.

Powiedziałem to?
Nie bałem się jego reakcji, choć wiedziałem, że mnie odrzuci. Zawsze to robił. Przecież gdyby mnie kochał, nie sprowadzałby innych.
Jestem w stanie oddać dla niego wszystko, już oddałem.
Znowu mi stanął. Pocałowałem go, pachnął mnie na ziemię. Znalazł się między moimi nogami i położył ręce po obu stronach mojej głowy.

- Az, kotku - uśmiechnął się delikatnie - Rozmawialiśmy na ten temat.
- Kocham cię - powtórzyłem - To nie jest tylko seks i bdsm. Kocham cię, Satoru.

Patrzył na mnie jak na idiotę. Dostanę kosza? Jakoś nie chcę... Nie jest dla mnie tylko Panem, jest jedynym człowiekiem na ziemi, któremu chcę poświęcić całe swoje życie. Niewola mi nie przeszkadza. Chcę tylko żeby był przy mnie. Jego obecność wystarczy, nawet jeśli to nie Mnie będzie kochał.

- Kiedy to stwierdziłeś? - spytał przejęty.
- Zawsze to czułem, stawało się to coraz mocniejsze. Kiedy byłem przekonany, że to koniec, że już... na mnie czas, myślałem tylko o tobie, o twoim głosie, gestach, wyrazie twarzy gdy jesteś szczęśliwy, o kolorze oczu... i wszystkim co z tobą związane. Nie mam nic więcej co mogę ci oddać byś odwzajemnił moje uczucia, bo wszystko już należy do ciebie.
- Nie rozpłacz się przez to - mruknął dość sarkastycznie.
- Ja tylko wyznaję ci miłość - uśmiechnąłem się.
- Az, nic z tego nie będzie, bo nic do ciebie nie czuję. Możesz to powtarzać nawet codziennie, ale nic się nie zmieni.
- Rozumiem... przepraszam, możemy kontynuować?
- Tak. Jeszcze na przyszłość wolałbym, żebyś nie używał mojego imienia.
- Dobrze.

Wpił się w moje wargi, a ja wplotłem dłoń w jego włosy.
Całował mnie z ogromną pasją i pożądaniem. Chciałem go całego. Pragnąłem go dotykać, miziać, pieścić i tulić, więc to robiłem. Mogłem, teraz nic mnie nie zobowiązywało. Podczas seksu czułem się w pewien sposób wolny, to mi całkowicie wystarczało.
Satoru po dłuższej chwili się odsunął i rozebrał mnie do końca. Sam zrobił to samo. Usiadłem na ziemi. Podszedł do mojego biurka i odsunął szufladę pod blatem. Wyciągnął lubrykant i spojrzał na mnie. Przeniosłem się na łóżko, po czym rozłożyłem przed nim nogi. Wylał śliską substancję na rękę i do mnie podszedł. Wolną ręką złapał za moją nogę, pomagając mi utrzymać ją w powietrzu. Drugą położyłem mu na ramieniu i tak było mi wygodnie.

- Będę delikatny.
- Nie musisz mi mówić, wiem, że nie zrobisz niczego co by mi zaszkodziło.
- Mądry chłopiec - wsunął mi palec w tyłek.

Zajęczałem i wygiąłem się w plecach przez nagłe uczucie. Niestety spowodowałem tym ostry, niespodziewany ból, na który zareagowałem krótkim krzykiem.

- W porządku? Możemy przerwać - powiedział z troską.
- Już dobrze. Chcę cię w sobie poczuć, proszę ten jeden raz nie omawiaj mi przyjemności.
- Nie odmawiam, spokojnie.

Powoli się relaksowałem i przyzwyczajałem. Dotykał mnie, wszędzie.
Drażnił, macał, pieścił.
Wkładał, wyciągał, znów wkładał i wyciągał…
Jeden, dwa, jeden.
Uczucie rozciągania, pustki i wypełnienia.
Dwa, trzy, jeden, trzy…
Dotykał, całował.
Odpływałem, wracałem pod uczuciem rozrywającego bólu.
Nie wiem kiedy wsadził mi penisa, bolało. Nie wiem już co bardziej...
Nic nie mówiłem, bałem się, że przerwie. Tak długo czekałem na tą chwilę. Coś tak błahego nie może jej zepsuć.
Lewą ręką robiłem sobie dobrze, a prawą zaciskałem na pościeli. Satoru poruszał się bardzo powoli i delikatnie. Jednocześnie było mi tak wspaniale i tak źle. Bolał mnie już prawie cały brzuch.

- Jeśli bardzo cię boli to powiedz.
- Jest dobrze - syknąłem.
- Az...
- Proszę, ja tylko chcę się kochać... - szepnąłem z żalem.
- Dobrze, ja ci tego nie bronę. Boli cię tu? - dotknął ręką mojej rany.

Okropnie zapiekło, przez co szarpnąłem się z cichym jękiem. Wyszedł ze mnie i zrobił kilka kroków w tył. Jedynym co byłem w stanie zrobić, było osunięcie się na ziemię.
Nie jestem słaby. Kurwa, nie!
Złapałem się za ranę i stanąłem na nogi, jak człowiek. On w tym czasie ubrał na siebie bokserki... Więc to by było na tyle... Spuściłem głowę. Przynajmniej dał mi trochę swojego czasu...

- Zaczekaj dwie minuty, zaraz wrócę - szybko wyszedł.

Czyli... Jeszcze coś z tego będzie? Usiadłem na łóżku i czekałem, tak jak tego chciał. Zastanawiało mnie, po co poszedł. Skoro przerwał przez to, że mnie bolało, pewnie po coś przeciwbólowego. Najprawdopodobniej w niezbyt przyjemnej i lubianej przeze mnie formie.
Niedługo później wrócił. Tak jak myślałem... ze strzykawką w rękach. Mam nadzieję, że po raz ostatni będzie mnie tam dotykał. Już mam naprawdę dość. Płożyłem się na plecach i założyłem ręce za głowę. Westchnąłem, po czym wlepiłem wzrok w sufit, żeby nie musieć tego oglądać.

- Kiciu, jedyne co poczujesz to ukłucie, obiecuję.
- Nie mam pięciu lat, nie boję się igły - mruknąłem.
- Wiesz, że czasami tęsknie za szesnastoletnim tobą? Zawsze byłeś taki wystraszony jak mówiłem, że spróbujemy czegoś nowego - powiedział wesoło.
- Jak miałem się nie bać? Też byś się bał w moim wieku jakbym zdradził, że chcę ci za parę godzin napchać lodu do tyłka i zatkać dwoma dildami.
- O rany, pamiętam to - zaczął się śmiać - Ale przecież ci się podobało.
- Możemy skończyć temat?
- Tak.

Usiadł obok mnie i przetarł miejsce obok mojej rany płatkiem nasączonym środkiem odkażającym. Ściągnął zatyczkę z igły i spojrzał mi w oczy. Dobra, zawsze się trochę cykam jak ma mi robić coś podobnego. Tylko trochę. Z ciekawości uparcie patrzyłem na to co robi.

- Kiciu - uśmiechnął się delikatnie.
- No zrób to w końcu - odwróciłem głowę w bok.
- Dobrze, już dobrze. Nie denerwuj się - zaśmiał się.
- Zabawne - mruknąłem.

Szybkim, sprawnym ruchem wbił igłę, a ja cicho pisnąłem, chociaż wcale tego nie planowałem. Na całe szczęście nie skomentował mojego, głupiego zachowania. Czułem jak chłodna substancja wnika do mojego ciała, a po chwili przynosi ukojenie. Ból tak powolutku znikał. Jak dobrze...

- Zaraz zacznie działać - powiedział, po czym wyciągnął igłę.
- Już działa - szepnąłem z uśmiechem na ustach.
- Powinieneś mi mówić wcześniej.
- Nie chciałem, żebyś mnie znowu zostawił.
- Znowu?
- Nie chcę o tym rozmawiać.
- Nigdy nie zostawiłem cię w środku zabawy - nie zrozumiał.

Ale po już tak... Olewałeś mnie i nie mogłem doprosić się pięciu minut twojej uwagi.
Milczałem, nie chciałem poruszać tego tematu, bo wiem, że usłyszę coś nieprzyjemnego, typu: "nie mam dla ciebie codziennie czasu", "dobrze wiesz, że są też inni, nie roztroję się", "nie jesteś najważniejszy"... Wszystko rozumiem, bo ma rację. Po prostu wolę tego nie słuchać, nikt nie przepada za przykrymi słowami z ust ukochanej osoby.

- Az, słońce, o co chodzi?
- To nic, Panie, tylko trochę mi przykro, że wcześniej tak sobie poszedłeś. Ja naprawdę cię wtedy potrzebowałem... - usiłowałem się jakoś wytłumaczyć.
- Wtedy musiałem, ale w normalnych warunkach to się nie zdarzy.
- Możesz już we mnie wejść? Domagam się pieszczot - uciekłem od niewygodnego tematu.
- Jeszcze chwilka, muszę odnieść parę rzeczy.
- To czekam.

Wyszedł, a nim się obejrzałem do mnie wrócił. Przez te kilka chwili bolące miejsce całkowicie przestało mi doskwierać, jednak jest też druga strona medalu, kompletnie nic czułem w tamtej części. Mam nadzieję, że zbytnio nie wpłynie to na moje doznania.
Satoru ściągnął swoje bokserki, nadal miał pełny wzwód, ja nie do końca. Winą tego była chwila stresu.

- I jak, lepiej?
- Znacznie lepiej - wyszczerzyłem się, bezczelnie patrząc się na jego krocze.
- Az?
- Hm?
- Znam tą minę, nad czym myślisz? - usiadł obok mnie.
- Nad niczym ważnym - również usiadłem - Zastanawiam się tylko w jakiej pozycji będzie mi wygodnie.
- Myślę, że w takiej!

Zaśmiał się i mocno mnie popchnął, przez co wylądowałem na boku. Zanim zdążyłem zareagować miałem już nogę w górze. Brutalnie we mnie wszedł, z zaskoczenia krzyknąłem. Kilka sekund później się z tego śmiałem, podczas gdy ostro mnie posuwał. Trochę bolało, tarcie robi swoje, ale było mi tak nieziemsko przyjemnie, że niemal natychmiast przeżyłem cudowny orgazm. Zacisnąłem się na jego członku i wydawałem z siebie różne pojebane odgłosy.

- Tak, mocniej! O ja pierdolę! Tak mi dobrze...!

Ochoczo spełniał moje zachcianki, ale ja chciałem więcej!
Wszystkiego więcej, miziania, pieszczenia, ciągnięcia zaaAAAA...! Moje włosy!
Musiałem się mocno wygiąć w plecach, myślałem, że zaraz je stracę. Satoru naprawdę zrobił się silniejszy.

- Puść - jęknąłem.
- Nie histeryzuj.

Mimo wszystko postanowił przynieść mi ulgę. Chwila spokoju była tylko chwilą, bo postanowiłem się z nim trochę pobawić. Tylko troszkę.
Kiedy się tego nie spodziewał sprawnie mu uciekłem.

- Nie pozwolę się dotykać - próbowałem zachować kamienną twarz, ale dziś mi wychodziło - Będziesz musiał mnie zgwałcić!

Nawet nie zdążyłem wstać z łóżka, bo mnie unieruchomił. Leżałem na brzuchu z rekami za plecami i śmiałem się jak debil. Udawałem, że próbuje się wyszarpnąć. Nie miałem na to żadnych szans, nawet gdybym był w pełni sił, nie dałbym rady.

- Az?
- Cały czas cię słucham - odwróciłem głowę w jego stronę.
- Gwałt zostawmy sobie na kiedy indziej, co? - mówiąc to podejrzanie się uśmiechał.
- No dobrze, ale cze...! - nie dokończyłem, bo we mnie wszedł.
- Bo boje się o twoje zdrowie. Muszę o ciebie dbać, czyż nie?
- Tak - szepnąłem i uniosłem wysoko tyłek, zmuszając go tym samym do podniesienia się.
- Powiedz mi co jeszcze Muszę robić? - nacisnął na przedostatnie słowo.
- Wyruchać mnie w tej chwili - poruszyłem biodrami, samemu sobie dogadzając.
- Serio? - drażnił się ze mną.
- Tak! Bez dyskusji, do roboty - zaśmiałem się.
- Tego się nie spodziewałem - też zaczął się śmiać.

Delikatnie się we mnie poruszył. Dobrze wie, że cały czas żartuję. Nigdy nie odważyłbym się wypowiedzieć do niego takich słów na serio. Posuwał mnie tak cholernie powoli, że po prostu coś mi się działo. Jak chciałem przyśpieszyć, to specjalnie ruszał się w sposób uniemożliwiający mi to. Ja w tył, on w tył, ja w przód, on w przód. Szlag mnie trafiał.

- No proszę! - wyjęczałem rozkapryszonym tonem - Błagam! Kocham cię i wielbię twojego kutasa. Chyba nie proszę o tak wiele.
- Nie panikuj - pocałował mnie w kark - Spokojnie, chcę się długo kochać - szepnął - Delikatnie, namiętnie, inaczej niż zwykle.

Odwróciłem się na plecy i wpatrywałem w jego pełne pożądania, głębokie niczym ocean bez dna, zielone oczy. Nawet w ciemności doskonale widziałem ich kolor albo to mój mózg go sobie generował. Nieważne, po prostu kocham go całego.

- Niech będzie - oplotłem go nogami w pasie - Tylko troszeczkę szybciej.
- Dla ciebie wszystko, kiciu.
- Mrał - wybuchnąłem śmiechem.

Ostrożnie wsunął się do mojego wnętrza, bezproblemowo go wpuściłem. Przymknąłem oczy i odchyliłem głowę do tyłu. Cudownie. Nie istniało dla mnie teraz nic poza nim. Tempo dostosował do nas obu.

Kochaliśmy się łączne ze dwie czy trzy godziny. Miałem cudowny wytrysk, który mnie wykończył. Satoru podobnie. Jedyne co mi się marzyło to czyste łóżko i sen. Jednak on zaciągnął mnie wcześniej pod prysznic, właściwie zaniósł. Mogłem iść sam, ale się uprał, więc się nie stawiałem. O dziwo nie natknęliśmy się na nikogo po drodze, w sumie to i dobrze. Nie mogliśmy siedzieć tam zbyt długo ze względu na moją ranę, ale nie narzekam. Poświęcił mi swój czas, chcę go w pełni wykorzystać. Pozwoliłem się wytrzeć i ubrać w piżamę. Jak dziecko, Az, jak dziecko... Może jeszcze niech mi smoczek załatwi. Nie ma opcji, że zgodziłbym się na coś takiego. W życiu.

- Panie, chcę spać z tobą.
- Spodziewałem się tego i...
- Proszę - przerwałem mu - Obiecuję, że będę grzeczny. Nawet nie musisz dzielić się ze mną kołdrą.
- I wyjątkowo się zgadzam - dokończył - Podzielę się kołdrą, nie martw się - uśmiechnął się.
- Naprawdę?
- Tak, po co miałbym cię wkręcać? - zaśmiał się cicho.

Zarzuciłem mu ręce na szyję i przytuliłem. Warto było się tyle wycierpieć, by teraz móc spędzić z nim noc.
Po wyjściu z łazienki skierowałem się prosto do pokoju Pana. Położyłem na lewej stronie łóżka, a on zaraz obok mnie. Po raz pierwszy od dawna nie wiedziałem jak się zachować. Chce żebym się do niego przytulił? A może woli bym w ogóle go nie dotykał? To mój Pan, a nie wiem tak prostych rzeczy. To przecież nie moja wina, prawda? On nie pozwalał mi ze sobą spać...

- O czym myślisz? - spytał i przysunął się bliżej.
- Powinienem już spać, bo jutro muszę wcześnie wstać.
- Nie jesteś tu sam, oni nie są dziećmi, poradzą sobie bez nas.
- Nie przystoi mi mówić takich rzeczy, ale: śmiem wątpić.
- Rano chcę cię widzieć w łóżku, nigdzie nie pójdziesz - miał władczy ton głosu.
- Dobrze - od razu uległem.
- Jesteś dla mnie naprawdę ważny, nie zapominaj o tym.
- Nie zapominam... - mruknąłem mało przekonująco.
- Az, doskonale widzę, że wmawiasz sobie, że mogę uważać cię za gorszego. Nie prosisz o nic innego jak o zabawy, choć mogę ci dać wszystko.
- Ja nic innego nie chcę. Nic nie zastąpi mi ciebie - przyznałem.
- To miłe, ale nic na to nie poradzę.
- Przykro mi kiedy widzę, że ktoś inny może cię dotykać. Chciałbym mieć cię tylko dla siebie.
- Az, ja nigdy nie będę tylko twój.

Zabolało... Nie wiem czy to zauważył, ale złamał mi serce, znowu.

- Czasami się boję, że się zakochasz - wyznałem.
- Mam do tego prawo, jest wysokie prawdopodobieństwo, że to się kiedyś stanie.

Nie mów tak... proszę. Aż chce mi się płakać.
Nie ma opcji, że poryczę się przy nim. Może jak będę pewien, że już śpi...

- Co się stanie ze mną? A z Hidekim? Nao?
- Obiecałem, że pozwolę ci odejść. Co cię nagle interesuje, co się z nimi stanie?
- Nie chcę odchodzić... Pytam z ciekawości, nie złość się.
- Nie jestem zły. Nie chciałbym, żebyś mnie zostawił. Będziemy tak długo jak to możliwe, przysięgam.
- Dziękuję.

Przynajmniej tyle... Jednak nie wykluczam opcji, że to "tak długo jak to możliwe" może być krótsze niż mi się wydaje. Odpukać w niemalowane, nie chcę zapeszyć.

- Zastanawiałem się przez dłuższy czy ci o tym mówić, czy jeszcze poczekać. Ostatecznie uznałem, że powinieneś wiedzieć. Nie wezmę już nikogo więcej, Hideki jest ostatni.
- Nie wiem co powiedzieć...

Ostatni! Nie będzie więcej piesków do tresury! Będę miał więcej wolnego. Satoru też, może w końcu dojdziemy do miejsca, w którym będzie się dało podzielić jego uwagę na trzy równe części.

- Wystarczy mi, że się cieszysz.
- Tak bardzo cię kocham - nie wymyśliłem nic innego.
- Ty idź już spać, co? - zaśmiał się cicho.
- A jeśli się nie zgodzę?
- A jeśli cię stąd wygonię przez brak subordynacji z twojej strony? - wyszczerzył się.
- A jeśli cię przywiążę do łóżka i nie pozwolę tego zrobić? 
- A jeśli powiem ci, że jestem silniejszy?
- Zrobiłem się trochę śpiący - zaśmiałem się.

Objął mnie ramieniem i krótko pocałował. Spojrzał na wyświetlacz telefonu i uśmiechnął się szerzej. 

- Mamy kilka minut po północy. 
- Czyli... co? - nie zrozumiałem. 
- Wyśpij się, dobranoc - szepnął.
- Ale ja chcę wiedzieć. 
- Powiedziałem, dobranoc. 
- Dobranoc, Panie - mruknąłem nieco naburmuszony.


Skyge

8 komentarzy:

  1. Biedny Az. Tak cierpiał. Już myślałem, że nie wytrzyma i powie Satoru prawdę. Ale nie... wytrzymał. Twardziel! Myślę, że z Satoru i Aza byłaby świetna para. Cieszę się, że Satoru wreszcie spełnił fantazje Aza.
    Podsumowując :
    Rozdział jak zwykle super hiper ekstra mega i wogóle. Pozdrawiam i życzę dużo, dużo weny :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No niestety, świat nie zawsze jest sprawiedliwy.

      Też uważam, że razem prezentowaliby się świetnie, ale nie ma tak łatwo. Satoru go nie kocha, przynajmniej nie w Ten sposób, a to z góry przekreśla ich związek.

      Dziękuję :3

      Usuń
  2. wole złego satoru
    satoru bądz dzielny.zakochaj się w kimś <nie w azie
    bierz przykład z kou
    zły satoru jest och ahhh
    ayami

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zły Satoru? Przecież on jest zawsze dobry :3

      On go nie kocha, spokojnie xD

      Satoru raczej nie chciałby dziewczyny, woli chłopców.

      Usuń
  3. wredny satoru jak daje kare azowi <3
    fiuuuu
    ale jakimś dziwnym uczuciem go dazy
    mhhh.. zeby w ayami sie nie zakochał
    ayami

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zły pies.
      Kłamię.
      Oszukuję.
      Gram.
      Znęcam się nad słabszymi.
      własnie az kara sie nalezy
      ale po tem satoru i tak zrobil co ten chciał
      ayami

      Usuń
    2. On zawsze jest przecież kochany i niewinny xD
      Satoru nawet muchy nie skrzywdzi! Nie no, żartuję xD

      Jakimś uczuciem na pewno go darzy, ale nie dopuści do tego by się zakochał, nie w Azie. To tylko pies, który nic w życiu nie osiągnął, na co mu taki facet?

      Jakby się zakochał w Ayami, to chyba byłaby wojna xD

      Tak, solidna kara się należała. Chociaż nawet ona nie oddaje tego jak wiele ma na sumieniu.

      No bo Satoru zrobiło się go trochę szkoda, prawie go stracił. Spełnienie fantazji swojego kota, jest chyba w porządku, nie?

      Usuń
    3. wiadomo ..satoru tak jak kou hayato słodziakii...
      faktyczne ...tylko pies.. a az se za duzo wyobraza ..ciekawe co bedzie za rok hahahaha
      ale czemu satoru tak sie wkurzył o te ciuchy ?

      nooo .ah ta ayami...na krórej widok az sie boi ..ciekawe czemu
      a moze satoru ma siostre?
      to prawda..
      chyba tak
      ayami

      Usuń